Ciągle tam stoję, nawet nie muszę zamykać
oczu, by ujrzeć miejsce pełne obcych sylwetek. Widzę tylko zarys
pleców; moje dwudziestominutowe spóźnienie ustawia mnie na końcu,
jeszcze przed drzwi, jeszcze w przedsionku. Rejestruję obecność kilku
postaci za mną, także spóźnionych, ale z czasem to nie ma znaczenia, bo
jestem tylko ja i moje życie, myśli poplątane (gdy jesteś, drzewa nie targają się we mnie
– G Musiał). Wejście w dzień, wyjście w nocy. Samotna podróż
autobusami. Śpiew unoszący się ku górze wysokiego sufitu. Na policzkach
zaschnięte łzy, których nie było wstyd wylać. Kolejny krok do przodu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz