Moje myśli wypełnia wyłącznie oczekiwanie. Nieustannie na coś czekam,
lecz przede wszystkim czekam na koncert, a jest to czekanie inne niż
wszystkie, bo nie czekam ze znaną dotąd myślą „niech wreszcie nastanie
ten cholerny dzień i będzie po wszystkim”. Czekam na koncert, być może
pierwszy i ostatni, jaki będzie mi dane przeżyć. Z przejęciem kupowałam
bilety. Przez kilka dni od tego momentu czułam się jak szczęśliwie
zakochana kobieta, której pozostało odliczanie dni do spotkania z
ukochanym, a przecież powiedziałam sobie dawno temu „nigdy więcej tych
żałosnych motylków”. Trzy tygodnie to nadal dużo czasu, a jednak wiem,
że dni minął szybciej niż przewiduję. Właśnie dociera do mnie, że
wyczekują dnia, który oprócz dobrej zabawy, przyniesie przygnębienie, co
sprawia, że myślami jestem już gdzieś tam, kilka dni po wydarzeniu, i
znowu nie mam nic, nic na co warto czekać. Otrzymanie jednego dnia,
który do tej pory istniał tylko w sferze „to nigdy się nie wydarzy,
nigdy, nigdy, nigdy”, wywołuje we mnie sprzeczne emocje. Nieziemska
radość, niedowierzanie i wdzięczność mieszają się z zasmucającym
przekonaniem, że zbyt wielką wagę przypisuję temu jednemu dniu, który do
mojego życia doda jedynie kolejne słodko gorzkie wspomnienie. Poczucie
winy wraca, bo mam wrażenie, że powinnam ruszyć do przodu z całym
życiem, które utknęło w martwym punkcie, a tymczasem wszystkie dni
podporządkowuję tej jednej dobie. Mimo to oglądam zdjęcia oraz nagrania z
sierpniowych występów i nie mogę pozbyć się zapierającej dech w
piersiach myśli, że już niedługo ujrzę to wszystko na własne oczy. Tak
oto jednocześnie zalega we mnie radość i smutek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz