23.08.2014

823.

Moje myśli wypełnia wyłącznie oczekiwanie. Nieustannie na coś czekam, lecz przede wszystkim czekam na koncert, a jest to czekanie inne niż wszystkie, bo nie czekam ze znaną dotąd myślą „niech wreszcie nastanie ten cholerny dzień i będzie po wszystkim”. Czekam na koncert, być może pierwszy i ostatni, jaki będzie mi dane przeżyć. Z przejęciem kupowałam bilety. Przez kilka dni od tego momentu czułam się jak szczęśliwie zakochana kobieta, której pozostało odliczanie dni do spotkania z ukochanym, a przecież powiedziałam sobie dawno temu „nigdy więcej tych żałosnych motylków”. Trzy tygodnie to nadal dużo czasu, a jednak wiem, że dni minął szybciej niż przewiduję. Właśnie dociera do mnie, że wyczekują dnia, który oprócz dobrej zabawy, przyniesie przygnębienie, co sprawia, że myślami jestem już gdzieś tam, kilka dni po wydarzeniu, i znowu nie mam nic, nic na co warto czekać. Otrzymanie jednego dnia, który do tej pory istniał tylko w sferze „to nigdy się nie wydarzy, nigdy, nigdy, nigdy”, wywołuje we mnie sprzeczne emocje. Nieziemska radość, niedowierzanie i wdzięczność mieszają się z zasmucającym przekonaniem, że zbyt wielką wagę przypisuję temu jednemu dniu, który do mojego życia doda jedynie kolejne słodko gorzkie wspomnienie. Poczucie winy wraca, bo mam wrażenie, że powinnam ruszyć do przodu z całym życiem, które utknęło w martwym punkcie, a tymczasem wszystkie dni podporządkowuję tej jednej dobie. Mimo to oglądam zdjęcia oraz nagrania z sierpniowych występów i nie mogę pozbyć się zapierającej dech w piersiach myśli, że już niedługo ujrzę to wszystko na własne oczy. Tak oto jednocześnie zalega we mnie radość i smutek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz