Lada dzień wrzesień stanie się
przeszłością. W moim domowym areszcie zrobiło się znacznie chłodniej z
pierwszym dniem jesieni. Marznę, choć marzę o pięciu kilogramach mniej,
ale nie potrafię ich zgubić nieustannie przebywając w zamknięciu.
Wrzesień był miesiącem równie cudownym co okrutnym. Mam ochotę wylać
morze łez ku czci dni takich jak minione, ale wszystkie wyschły wraz z
powiększającą się we mnie pustynią, gdzie hula tylko wiatr. We wrześniu
po ponad trzech(?) latach spotkałam znajomego. Trzy godziny spędzone
wspólnie skutecznie odebrały mi resztki sensu jakim darzyłam świat. Może
gdyby moja obecna, jak to określają, sytuacja życiowa wyglądała
zupełnie inaczej, nie odczułabym tak bardzo braku szans na przetrwanie.
Przez moment miałam wrażenie, że ktoś z zaskoczenia uderzył mnie cegłą w
tył głowy. Ból i otępienie, ale głównie szok i kołaczące pytania: skąd przyszliśmy, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy.
Wracałam do domu zdruzgotana. Winny nie był jednak znajomy, lecz świat,
który prezentował, pełen nadziei, wiary i miłości, tak przeze mnie
pożądany, a tak bardzo obcy.
Który z nich – Przypadek czy Sens
sprawił, że chcę żyć, a nie znajduję życia, chcę kochać, a nikogo nie
potrafię zatrzymać przy sobie, chcę śpiewać Bogu najpiękniejsze pieśni, a
wychodzi mi pisk lub skrzek. (Grzegorz Musiał, W ptaszarni)
We wrześniu byłam na koncercie koreańskiego zespołu, w którym mogłam uczestniczyć dzięki
przychylności niebios i swojemu zaangażowaniu. Jest to wspomnienie,
które nadal wydaje się nierealne, a jednak nie przeszkadza mi to w
nieustannym przywoływaniu obrazów z tamtej nocy. Pamiętam jak z
koleżanką siedziałyśmy na krawężniku przed klubem po zakończeniu
koncertu, bo postanowiłyśmy poczekać na opuszczenie budynku przez
zespół. Oczywiście w pobliżu kręciło się mnóstwo ludzi. Jedni spieszyli
się na powrotne autobusy, po innych przyjeżdżały taksówki, a jeszcze
inni w emocjach komentowali koncert, czekając tak jak my. Trudno
określić, czy noc była ciepła czy zimna; była po prostu pogodna. Kolejne
samoloty co jakiś czas pojawiały się na rozgwieżdżonym niebie, a mnie
na kilka chwil dopadło zwątpienie, z którym przyszło przeświadczenie, że
w przyszłości nic równie wartościowego już na mnie nie czeka.
Pożegnalne list nigdy nie oddają prawdy
zawartej we wszystkich dniach zmagań ciągnących się przez kilkanaście
lat. Na wyjaśnienia należałby przeznaczyć mnóstwo czasu i energii, a
tego przecież brak. Najokrutniejszą rzeczą wydaje się przemilczenie
wszystkiego. Pozostawienie po sobie jedynie „dlaczego”, które kołacze w
głowach do ostatniego oddechu. Często zadaję sobie pytanie „dlaczego” i
słyszę tylko echo własnego głosu. Milczenie jest okrutne. Powinno być mi
przykro, że „napiszę więcej później…” nie zaistniało do tej pory, ale
teraz łatwiej o tym nie pamiętać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz