30.09.2014

830. Lada dzień wrzesień...

Lada dzień wrzesień stanie się przeszłością. W moim domowym areszcie zrobiło się znacznie chłodniej z pierwszym dniem jesieni. Marznę, choć marzę o pięciu kilogramach mniej, ale nie potrafię ich zgubić nieustannie przebywając w zamknięciu. Wrzesień był miesiącem równie cudownym co okrutnym. Mam ochotę wylać morze łez ku czci dni takich jak minione, ale wszystkie wyschły wraz z powiększającą się we mnie pustynią, gdzie hula tylko wiatr. We wrześniu po ponad trzech(?) latach spotkałam znajomego. Trzy godziny spędzone wspólnie skutecznie odebrały mi resztki sensu jakim darzyłam świat. Może gdyby moja obecna, jak to określają, sytuacja życiowa wyglądała zupełnie inaczej, nie odczułabym tak bardzo braku szans na przetrwanie. Przez moment miałam wrażenie, że ktoś z zaskoczenia uderzył mnie cegłą w tył głowy. Ból i otępienie, ale głównie szok i kołaczące pytania: skąd przyszliśmy, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy. Wracałam do domu zdruzgotana. Winny nie był jednak znajomy, lecz świat, który prezentował, pełen nadziei, wiary i miłości, tak przeze mnie pożądany, a tak bardzo obcy.

Który z nich – Przypadek czy Sens sprawił, że chcę żyć, a nie znajduję życia, chcę kochać, a nikogo nie potrafię zatrzymać przy sobie, chcę śpiewać Bogu najpiękniejsze pieśni, a wychodzi mi pisk lub skrzek. (Grzegorz Musiał, W ptaszarni)

We wrześniu byłam na koncercie koreańskiego zespołu, w którym mogłam uczestniczyć dzięki przychylności niebios i swojemu zaangażowaniu. Jest to wspomnienie, które nadal wydaje się nierealne, a jednak nie przeszkadza mi to w nieustannym przywoływaniu obrazów z tamtej nocy. Pamiętam jak z koleżanką siedziałyśmy na krawężniku przed klubem po zakończeniu koncertu, bo postanowiłyśmy poczekać na opuszczenie budynku przez zespół. Oczywiście w pobliżu kręciło się mnóstwo ludzi. Jedni spieszyli się na powrotne autobusy, po innych przyjeżdżały taksówki, a jeszcze inni w emocjach komentowali koncert, czekając tak jak my. Trudno określić, czy noc była ciepła czy zimna; była po prostu pogodna. Kolejne samoloty co jakiś czas pojawiały się na rozgwieżdżonym niebie, a mnie na kilka chwil dopadło zwątpienie, z którym przyszło przeświadczenie, że w przyszłości nic równie wartościowego już na mnie nie czeka.

Pożegnalne list nigdy nie oddają prawdy zawartej we wszystkich dniach zmagań ciągnących się przez kilkanaście lat. Na wyjaśnienia należałby przeznaczyć mnóstwo czasu i energii, a tego przecież brak. Najokrutniejszą rzeczą wydaje się przemilczenie wszystkiego. Pozostawienie po sobie jedynie „dlaczego”, które kołacze w głowach do ostatniego oddechu. Często zadaję sobie pytanie „dlaczego” i słyszę tylko echo własnego głosu. Milczenie jest okrutne. Powinno być mi przykro, że „napiszę więcej później…” nie zaistniało do tej pory, ale teraz łatwiej o tym nie pamiętać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz