Nie ściągam filmów z torrentów. Jednak mój brat ma zainstalowany program
na swoim komputerze, choć obecnie go już nie używa. Mam tendencje do
wynajdowania filmów (i książek), o których istnieniu nie wie nawet
internet, a przynajmniej w wersjach językowych, którymi się posługuję.
Nie pamiętam od jak dawna chciałam obejrzeć japoński film „Loved gun”,
ale pamiętam, że po powrocie z Gdyni, przy braku innych możliwości,
postanowiłam w tajemnicy przed bratem użyć programu zainstalowanego na
jego komputerze. Na zakończenie procesu pobierania czekałam aż dwa
miesiące, choć chyba powinnam napisać, że tylko dwa. Momentami traciłam
nadzieję, zwłaszcza gdy przy 40 procentach wystąpił błąd i musiałam
podjąć kolejną próbę. Na szczęście czekanie na film było warte tego
czasu (rzadko mylę się przy wyborze czegoś do obejrzenia, nawet jeśli
specjalnie oglądam coś słabego, nadal jest to ciekawy seans). Mimo to
kolejny raz nie będę bawić się w torrentowe ściąganie. Jest coś
smutnego w czekaniu miesiącami na obejrzenie filmu. Nie dość, że nie
posiadamy gwarancji doczekania się, niespodziewanie dwugodzinny seans, w
obliczu wcześniejszego długiego czasu oczekiwania, mija zbyt szybko.
Nastaje nieokreślona pustka. W przyszłości z pewnością ponownie obejrzę
„Loved gun”.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz