18.09.2014

828. Koncert VIXX

Mam tak wiele do opisania, że aż nie wiem, od czego zacząć. Czuję w kościach, że będzie to długi wpis. Od miesiąca wyczekiwałam dnia, w którym udam się na pierwszy w swoim życiu koncert. Zawsze chciałam uczestniczyć w tego typu wydarzeniach, ale piętrzące się trudności za każdym razem skreślały brutalnie moje szanse. Trauma sukcesywnie rosła mniej więcej przez dziesięć lat, aż do dnia, w którym zaparło mi dech w piersiach, gdy dowiedziałam się, że jeden z koreańskich zespołów przyjeżdża do Polski, więcej, jeden z moich ukochanych zespołów. Ten, kto orientuje się w mapie koncertowej wykonawców z Korei, wie, że owa informacja była jak cud, o który nikt nie śmiał nawet prosić w najbliższym czasie. Tymczasem stało się. Gdy pomyślę o kilku miesiącach wstecz, mam wrażenie, że dostałam prezent za wszystkie przepłakane noce nad własnym życiem. Podczas pobytu nad morzem nie wydałam wszystkich oszczędności, co w zawiązku z koncertem okazało się niesamowitym zbiegiem okoliczności. Bilety nie należały do tanich. W innym przypadku nie mogłabym pozwolić sobie na ich kupno. Tymczasem udało mi się zaprosić koleżankę i nabyć bilet również dla niej. Tak oto pozbyłam się ostatnich oszczędności w życiu i poczułam się w pełni szczęśliwa. (Ostatni raz takie uczucie towarzyszyło mi podczas prezentacji stworzonych z koleżankami filmików na studiach.)

Dzień przed koncertem nie mogłam zasnąć. Byłam tak bardzo przepełniona emocjami, że leżąc na łóżku uśmiechałam się do siebie w ciemnościach jak wariat. Była pijana szczęściem. Mój sen trwał tylko dwie i pół godziny. Obudziłam się o 4:30 i nie wiem jakim cudem nie wyrobiłam się na autobus o 6:30. Pojazd przejechał przystanek w momencie, w którym otwierałam drzwi prowadzące na zewnątrz z klatki schodowej. Poczułam przerażenie, wiedząc jak ciężko jest uprosić o cokolwiek mojego młodszego brata, ale równocześnie nie potrafiłam sobie wyobrazić, że te kilka sekund opóźnienia przekreśli oczekiwania, nadzieje i jedyną szansę w życiu. Zadzwoniłam do domu. Brat w ciszy zawiózł mnie do najbliższego miasta, skąd bez problemu mogłam dostać się do kolejnej miejscowości na pociąg. Choć całkowicie bez dalszych problemów się nie obyło. Byliśmy blisko celu, gdy mężczyzna, który przegapił swój przystanek, zaczął mieć o to pretensje do kierowcy busa. Nie będę tutaj rozstrzygać, kto miał rację w tym sporze (choć wiadomo, że kierowca, bo to pasażer powinien wiedzieć gdzie wysiada) i jak bardzo kłócili się podczas kilkunastu minut, ale myślałam, że prędzej zginę w wypadku, niż dotrę na pociąg, tak bardzo zdenerwowanie kierowcy miało wpływ na prowadzenie przez niego pojazdu. Przyciskał wściekle pedał gazu, nawet gdy staliśmy na czerwonym świetle. Mój strach na szczęście nie urzeczywistnił się. Dotarłam punktualnie na pociąg i spokojnie dotarłam na Dworzec Zachodni w Warszawie. Dwadzieścia minut później na miejsce dodarła moja koleżanka z nad morza. Jak dobrze było znów ją uściskać. Nasze drugie spotkanie w życiu. Nasz pierwszy wspólny koncert. Pierwsza osoba, z którą mogę w pełni dzielić zainteresowania. Kolejna osoba, która mieszka ode mnie zbyt daleko. Minęły cztery dni. Chciałabym pójść z nią na spacer brzegiem morza.
Bez problemu dotarłyśmy pod klub komunikacją miejską. Zostałyśmy zapisane na listę i miałyśmy przed sobą pięć godzin oczekiwania na koncert. Tak jak większość osób dużo czasu spędziłyśmy w centrum handlowym, gdyż było tam zdecydowanie chłodniej niż na dworze. Gdy modliłam się o dobrą pogodę, nie spodziewałam się tak ciepłego i słonecznego dnia. Ucieszyłam się, że zespół nie musiał oglądać brzydkiej Warszawy przy równie brzydkiej pogodzie. Kiedy do wpuszczania na sale pozostała godzina, okrążałyśmy kilka razy klub bez szans na ujrzenie któregoś z członków zespołu. Znalazłyśmy za to spokojne miejsce w cieniu oraz rozmawiających i palących papierosy menadżerów zespołu na balkonie. My też siedziałyśmy i rozmawiałyśmy, bez palenia oczywiście. Raz z wizytą wpadli samochodem panowie policjanci podejrzewający nas o picie alkoholu. Cóż, bilety na koncert nie kosztowały mało, do tego trzeba było zapłacić za podróż do Warszawy w obie strony, więc nawet gdybyśmy były osobami pijącymi alkohol przed imprezami, w tym przypadku nie byłoby nas stać na procentowe napoje. Poza tym, kto zalewa sobie umysł, gdy z drugiego końca świata przyjeżdża jego ukochany wykonawca? To bezsensu. Takie chwile powinno przeżywać się w całkowitej świadomości, zwłaszcza, że sytuacja, w której ulubiony wykonawca przyjeżdża z drugiego końca świata jest już sama w sobie nierealna.

Wpuszczanie do klubu przedłużyło się o pół godziny, gdyż każda osoba musiała zostać przeszukana pod kątem posiadania niebezpiecznych rzeczy. Na salę nie można było też wnosić jedzenia oraz picia. Potem każdy dostawał opaskę na rękę, której założenie również pochłaniało trochę czasu. Pozbycie się bagażu w szatni zajęło nam kilka chwil, choć mogło krócej, ale po wejściu na salę i tak byłyśmy miło zaskoczone, że stoimy bliżej sceny niż przewidywałyśmy. Obserwowałam pracowników ochrony klubu i muszę przyznać, że wyglądali na zainteresowanych naszym sposobem oczekiwania na zespół, jak i samą interakcją na linii fani-zespół oraz pożegnaniem zespołu już po koncercie przed klubem. Jeden z panów spytał, za co ich tak bardzo lubimy, co było zrozumiałe, bo w końcu pan na co dzień nie ma do czynienia z tym, z czym mają fani koreańskich zespołów, a do tego w klubie odbywają się imprezy innego typu, więc fani zachowują się inaczej względem zespołu, mniej rodzinnie. Momentami miałam wrażenie, że przyjechałam w odwiedziny do przyjaciół, a nie na koncert. Może dlatego nadal nie mogę uwierzyć, że w najbliższych dniach nie będzie kolejnych odwiedzin.

Sam koncert, tak jak przewidywałam, minął zbyt szybko. Starałam się bacznie wszystko obserwować i utrwalić każdą chwilę w pamięci. Z po koncertowych relacji osób wywnioskowałam, że wiele z nich odniosło dokładnie takie samo wrażenie jak ja, a mianowicie, członkowie zespołu na zdjęciach i nagraniach wyglądają perfekcyjne, ale na żywo prezentują się jeszcze lepiej. Zawsze słyszy się o manipulacji obrazem, o pracy stylistów, o nierealności obrazu komputerowego czy papierowego, tymczasem gdy cała szóstka stanęła na scenie, okazało się, że wyglądają lepiej niż na zdjęciach i nagraniach zrobionych przez profesjonalistów. Chwila, w której po praz pierwszy widzisz na żywo osobę oglądaną dotychczas tylko przez szklany ekran, zapiera dech w piersiach. Największe wrażenie wywarł na mnie ruchu ciała podczas tańca oraz mimika twarzy i spojrzenie oczu. Cała szóstka w końcu przede mną ożyła, choć z drugiej strony odniosłam wrażenie, że przebywam w magicznym świecie, bo przecież niemożliwe jest, aby tak wyglądali ludzie. Każdy z nich jest piękny. Nie mówię tutaj o byciu ślicznym chłopcem. Mam na myśli piękno, które uderza w ciebie, gdy patrzysz na dzieło sztuki, na piękny obraz czy zachwycającą scenę w filmie. To było tego rodzaju przeżycie. Profesjonalizm i perfekcja. Nie ma sensu, abym opisywała cały koncert od początku do końca. Po prostu przyznam, że bawiłam się fantastycznie.


Przykro było patrzeć na dojeżdżający bus z zespołem. Nadal czuję pustkę, gdy pomyślę, że już nigdy może nie powtórzyć się nasze kolejne spotkanie. Zasmuca mnie, że widuję ludzi tylko raz w życiu, a potem przez długie lata muszę męczyć się z dopadającą tęsknotą i dusić w sobie wszystkie niewypowiedziane słowa. Muszę jeszcze zaznaczyć, że jestem dumna z tego, że podczas wszystkich spotkań z zespołem, zarówno w sobotę, jak i w niedzielę, fani zachowali się jak kulturalni ludzie, a nie jak bestie. Czasem trudno opanować emocje na widok swojego idola, a tymczasem już powitanie na lotnisku było serdeczne.
Mój pobyt w Warszawie nie był tylko koncertem. Zapamiętam przede wszystkim nisko latające samoloty na błękitnym oraz nocnym niebie, które kierowały się w stronę pobliskiego lotniska, albo też z niego wylatywały. Szkoda, że nie policzyłam wszystkich przelatujących nad moją głową. Ich dźwięk wydawał się wyjątkowo cichy.

Zapamiętam też oczekiwanie na pociąg powrotny do domu. Obie z koleżanką miałyśmy kurs po szóstej rano, więc po koncercie czekało nas aż siedem godzin czekania. Nie znalazłyśmy w pobliżu żadnej całodobowej restauracji McDonalds, więc czekała nas noc na dworcu. Wyznaczona poczekalnia była wypełniona po brzegi, więc zrezygnowałyśmy z dusznego powietrza i zapachu bezdomności. Do tej pory trudno mi uwierzyć, że przetrwałyśmy na zimnej posadzce. Byłyśmy tak zmęczone, że bez oporów znalazłyśmy miejsce pod jedną ze ścian, po czym położyłyśmy się spać, choć wyspać się było trudno. Twardo i chłodno. Niesamowite, że nikt nas nie okradł. Do czwartej nad ranem ruchu był znikomy. Wybrałyśmy ścianę przy tunelu łączącym dworzec PKS z dworcem PKP. W dodatku na ścianie obok wisiały niewielkie tablice informujące o przyjazdach i odjazdach pociągów, a ściana była ukośna, należało podjeść naprawdę blisko, aby odczytać numer peronu, na którym znajduje się pociąg. Nie wiem, ile osób patrzyło na nas podejrzenie, gdy byłyśmy pogrążone we śnie. Musiałyśmy wyglądać na pijane, bezdomne albo nieżywe. Podszedł do nas tylko jeden nietrzeźwy pan, który staną nade mną i wybrudził ze snu pytaniem o to, czemu śpimy na podłodze. Pan brzmiał na odrobinę zmartwionego. Oznajmiłam, że czekamy na pociąg. Tylko tyle zdołałam z siebie wydobyć. Powiedział, że nie chce nic nam zrobić, a potem wymamrotał, że też czeka na pociąg i też musi się położyć spać. Wybrał miejsce za filarem, przy innej ścianie. Gdy ruch na dworcu zaczął się zwiększać, my również zaczęłyśmy się rozbudzać. Zaspane obserwowałyśmy jak do życia budzi się miasto. Dodam tylko, że z wcześniejszych godzin nocnych pamiętam jeszcze parę, która również czekała na pociąg. Dziewczyna spytała, czy chcemy „szluga”, ale jesteśmy nie palące, więc nie nawiązaliśmy bliższej znajomości przy papierosie. Udało mi się tylko zarejestrować, że miała na imię Aleksandra i zrobiło mi się dziwnie smutno.

Do domu wróciłam po raz pierwszy pociągiem z przedziałami, gdyż nie miałam wyboru. Budziłam się i zasypiałam co stację. Widziałam, że oprócz mnie dwie osoby z siedmiu nie mogą zapanować nad zamykającymi się powiekami. Przedziały są przerażające. Osiem osób ściśniętych razem w małej przestrzeni. Jednak wtedy było mi obojętne jak wyglądam podczas snu. Zmęczenie wzięło górę. Potem był kurs autobusem i tak dotarłam do domu.

Minęły cztery dni od dnia koncertu, a ja nadal mam przed oczami scenę. Zasypiam i budzę się z jej obrazem. Po koncertowa depresja to normalne zjawisko; przecież widzę, że nie tylko ja na nią cierpię. Wiem, że relacja na linii idol-fani jest ograniczona. Wiem, że momentami jest to gra, ale wiem też, że artyści są przywiązani do swoich fanów i wiedzą, że bez nich by nie istnieli. Wiem też, że ilość spotkań zespołu z oficjalnym fanklubem w Korei Płd. jest tak częsta, że idole rozpoznają po jakimś czasie znajome twarze. Po cichu zazdroszczę tym wszystkim koreańskim fankom, które mają mnóstwo okazji by spotkać ulubionych idoli. Sposób działania przemysłu muzycznego oraz promocja zespołu są tam tak rozbudowane, że niemal codziennie możesz widzieć ulubione twarze. Na pewno to daje złudzenie codziennych spotkań z przyjaciółmi. Chciałabym żyć w takiej iluzji. Chciałabym… Wiem jednak, że ten koncert to było więcej niż mogłabym sobie wymarzyć i nie powinnam chcieć więcej. Mogę jedynie oczekiwać kolejnego koncertu w Polsce, albo w Europie, choć nie wierzę, że dożyję takiej chwili, nie dlatego, że ona nigdy nie nadejdzie, ale dlatego, że spełnienie drugiego skrytego marzenia to zbyt dużo jak na jedno życie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz