16.03.2015

850.

Obowiązkowe wyjścia z domu ostatnimi czasy są dla mnie błogosławieństwem. Moment bycia w podróży niewytłumaczalnie nadaje sens wszystkiemu, co mnie otacza, nawet jeśli przemieszczam się z głową pełną zmartwień, które nie znikają wraz z zamknięciem drzwi mieszkania, mimo to zostają za mną, w innej czasoprzestrzeni. Podróż jest dla mnie jak moment przejścia, niezależnie od tego, czy idę tylko do sklepu, czy wsiadam do autobusu, jestem poza domem, lecz jeszcze docieram do u celu, po prostu trwam w ruchu, zmierzając do wyznaczonego punktu i tylko to się liczy.
Od roku średnio raz na miesiąc pojawiam się u dermatologa i choć nie przypuszczałam, że leczenie potrwa tak długo (i nadal nie widać końca), w pewien sposób przyzwyczaiłam się do wizyt, a może nawet je polubiłam, bo nie czuję wielkiego ciężaru z powodu przymusu pojawiania się w przychodni, choć wiadomo, zawsze lepiej byłoby być już zdrowym. Wczoraj pan od pogody oznajmił na wstępie: „jutro będzie dobry dzień”, więc pomyślałam, że to bardzo miło z jego strony, iż zapowiada pomyślny dla polskiego społeczeństwa poniedziałek, choć zapewne miał na myśli wyłącznie warunki atmosferyczne, a nie moje pozytywne załatwienie spraw wyznaczonych na ten dzień, ale mimo to pomyślałam, że skoro pan oficjalnie zapewnia, więc nie powinnam się niczym stresować.
Zanim dotarłam na wyznaczoną wizytę, musiałam zajść do Urzędu Pracy, w którym zarejestrowałam się tydzień wcześniej. Do ponownych odwiedzin zmusił mnie wypatrzony błąd na karcie rejestracyjnej, oczywiście dopiero po rejestracji i opuszczeniu przeze mnie pokoju. Uroczo. Zawsze staram się po kilka razy sprawdzać papiery i z góry przewidzieć nieprzychylność losu, ale tym razem nie pomyślałam, że ktoś moje „v” w mailu odczyta jako „w”. Ostatecznie drobny błąd nie miał większego znaczenia, gdyż moja ponowna wizyta w krótkim odstępie czasowym była nieunikniona, ponieważ i tak chciałam jak najszybciej donieść zaległe dokumenty, ale mimo to nie lubię zawracać głowy ludziom, co jest głupie, bo przecież panie siedzą w pokoju po to, aby zawracać im głowę, zwłaszcza, że jest to ich praca, za którą dostają wynagrodzenie. Pewnie znaleźliby się tacy, których ogarnęłoby zdenerwowanie na myśl o ponownej wizycie i marnowaniu czasu tylko po to, aby poprawić jeden malutki błąd, w dodatku nie wynikający z ich winy, ale oczywiście ja, wiecznie zestresowane dziecko, które nie chce robić nikomu kłopotu, jest nawet w stanie przeprosić za wszystko, ale nie, tym razem nie musiałam nikogo przepraszać, pani siedząca za biurkiem była bardzo miła i raz dwa naniosła poprawki oraz przyjęła pozostałe dokumenty. Natomiast w samym urzędzie na korytarzu spotkałam brata moich przyjaciółek (starszego od nas o pięć lat), który załatwiał papierkowe sprawy w imieniu jednej z nich.
Nie mieliśmy nigdy dobrego kontaktu, pewnie dlatego że był oni znikomy, czyli zły też nie był. Kiedy odwidziałam bliźniaczki, czasem otwierał mi drzwi; pojawiał się w kuchni czy pokoju (w końcu to był też jego dom, więc to naturalne, że się po nim przemieszczał), czasem siedział nieopodal nas, czasem w pokoju za ścianą wraz z kolegami; widywałam go to tu, to tam; zawsze witał się ze mną jak to miewa w zwyczaju rodzeństwo twoich znajomych; a potem przez pewien czas go nie było, zniknął z pola widzenia, bo życie ułożyło się trochę niefortunnie i pesymistycznie, a potem stałyśmy się dorosłe. Zabawne, że nigdy wcześniej nie zastanawiałam się nad tym, kim mogę być dla brata swoich najlepszych przyjaciółek. Normalnie nie prowadzę analiz dotyczących tego, jak ktoś mnie postrzega i jaki wpływ wywiera moja obecność na innych. Byłam jedną z koleżanek jego sióstr, nie ma w tym nic nadzwyczajnego, sama również nie zastanawiałam się zbytnio nad jego istnieniem. Spora różnica wieku oraz różnica płci naturalnie mnie krępowała, tak samo jak krępuje mnie przebywanie wśród osób, z którymi nie wiem, o czym powinnam rozmawiać. Zabawne w tym wszystkim jest jednak to, że dla porównania, mój brat, młodszy od nas o dwa lata, swego czasu miał bardzo dobry kontakt z bliźniaczkami, a nawet dostąpił zaszczytu bycia chłopakiem jednej z nich, a były to czasy podstawówki i dziecięcych dziwnych zabaw w „chodzenie ze sobą”, już nie mówiąc o tym, że robiłam za doręczyciela wszystkich prezentów z okazji Walentynek czy Dnia Kobiet. Niewiarygodne, a jednak prawdziwe, aż nie sposób nie uśmiechnąć się na wspomnienie tej dziwnej przeszłości.
Brat moich przyjaciółek usiadł na ławce obok mnie, gdyż było to jedyne(?) wolne miejsce w pobliżu. Nie będę ukrywać, że od razu mój umysł uznał to za sytuację stresową, choć nie poczułam się niekomfortowo, co więcej, pierwsza wydobyłam z siebie głos. Wiem, że to naturalne i normalne, iż zamieniasz ze znajomym kilka słów, a jednak u mnie nie do końca tak jest, zwłaszcza, że wtedy nagle uświadomiłam sobie, że nigdy nie siedziałam z bratem moich przyjaciółek w nieznanej przestrzeni, a tym bardziej nie rozmawiałam z nim jak ze swoim znajomym (a nie znajomy stającym się twoim znajomym z racji tego, że należy do rodziny twojego znajomego, czy jakoś tak). Może to dziwne, że zwracam uwagę na takie drobne rzeczy, a jednak robię to nieustannie; lubię wyłapywać sytuacje prawie magiczne, których magia polega na tym, że są zjawiskami niecodziennymi i rzadko występującymi w przyrodzie. Nawet, jeśli jest w tym więcej mojej wyobraźni (wypchanej zbyt dużą ilością scenariuszy filmowych i opowieści z książek), lubię nadawać zwykłym chwilom trochę wyjątkowej aury. Ucieszona pozytywnym załatwieniem sprawy w urzędzie i swobodą przy rozmowie, poczułam czystą radość, choć możliwe, że moje nagłe pozytywne samopoczucie było tylko skutkiem uwolnienia się stresu, gromadzącego się w moim ciele przez cały weekend. Mimo to szczery uśmiech skierowany w naszą stronę, zawsze sprawia, że i my sami również uśmiechamy się szczerze. W tamtej chwili byłam wdzięczna właśnie za ten szczery uśmiech, a gdy wychodząc z budynku, zamykałam za sobą główne drzwi, nadal nie schodził on z moich ust, aż do zakończenia dzisiejszego dnia, nawet jeśli przykre myśli nieustannie zakłócały prawidłowy odbiór świata.
Tego samego dnia usłyszałam od pani doktor, że mam jasną karnację (nie da się ukryć), i choć jak sama przyznała, jej jest również jasna, to jednak wpada w ciepły odcień, pewnie od spożywanych w dużych ilościach warzyw i owoców, ze wskazaniem na marchewkę, podczas gdy moja jest bardzo blada, ale w żadnym wypadku to nie powinien być to powód do kompleksów, bo jej podoba się właśnie taka. Wtedy ponownie na mojej twarzy zagościł uśmiech, po czym szczerze odpowiedziałam, że naprawdę lubię bladość swojej skóry, choć oczywiście nie dodałam, że kiedyś było zupełnie odwrotnie.
Uśmiechałam się również podczas kłopotliwej sytuacji, która nastąpiła w trakcie wrzucania przez ze mnie śmieci do kosza. Otóż, gdy cisnęłam tam woreczek, z palca zsunął mi się pierścionek (który już od początku był na mnie ciut za luźny, ale nagle zupełnie nie rozumiem jak to możliwe, że moje palce chudną szybciej niż mój tyłek!). Uśmiech na mojej twarzy był wtedy wyrazem niedowierzania i rozbawienia, gdyż za chwilę miałam włożyć ręką do kosza na śmieci i przy wszystkich ludziach mijających mnie chodnikiem, zgrabnie wyciągnąć pierścionek tak, aby nie wpadł głębiej, a tym bardziej, aby nie zsunął się na samo dno. Oczywiście zakłopotanie i myśl o skupieniu na sobie zbyt dużej uwagi obcych osób skutecznie mogło przyczynić się do tego, że na zawsze rozstałabym się z moją własnością, ale że był to pierścionek nastroju otrzymany w prezencie od P., nawet nie przeszła mi przez myśl sytuacja, w której pozwoliłabym mu zginąć marnie w śmieciach. Nie lubię gubić ani niszczyć prezentów. Pamiętam, jak kiedyś straciłam dwie bransoletki od A.; jedna rozerwała się, gdy rzuciłam nią o ścianę (nie wnikajmy), a drugą zostawiłam gdzieś przez nieuwagę i przepadła na zawsze (za to kolczyki ciągle mam). Ogólnie nie przywiązują dużej wagi do przedmiotów i łatwo pozbywam się zalegających na półkach czy w półkach rzeczy, ale te otrzymane w prezencie są dla mnie ważne, więc pogodzenie się ze stratą jest trochę trudniejsze. Podarunki od ważnych dla mnie osób, nawet pocztówki z wakacji, czy kartki wysyłane z okazji urodzin, przypominają mi o tym, że ktoś, kiedyś o mnie pamiętał. W tym jednym momencie wyboru wszystkie myśli danej osoby należały tylko do mnie i wiem, że byliśmy wtedy szczęśliwi; ona, gdy miała nadzieję, że że sprawi mi radość podarunkiem, i ja, kiedy otrzymywałam prezent.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz