23.03.2015

851. Zanim zaczniesz nowy etap życia odwiedź sympatycznego lekarza.

Po tym jak obeszłam dookoła budynek i zdecydowałam się na jedne z drzwi wejściowych, które okazały się tymi właściwymi, moim oczom ukazało się pomieszczenie pełne ludzi, a właściwie dwa, przedsionek i poczekalnia. Nie napiszę, że ustawiłam się na końcu kolejki, bo ludzie byli rozproszeni, ale wiadomo, że przypadło mi ostatnie miejsce. Znalazłam więc trochę wolnej przestrzeni i oparłam plecy o ścianę, podziwiając brud i pajęczyny wijące się wkoło oświetlenia nad drzwiami. Zerkałam też ukradkiem na zgromadzone osoby i próbowałam rozeznać się w planie wnętrza budynku. Moje oczy wypatrzyły drzwi wejściowe do gabinetu, lecz lekarz jeszcze się nie zjawił. Stałam tak oparta o ścianę dopóki stojąca obok mnie dziewczyna nie zauważyła, że mój płaszcz i włosy pokryły się białym pyłkiem, którym, jak się okazało, był tynk sypiący się z nierówno zaszpachlowanej ściany. Kiepsko, ale z drugiej strony miałam pretekst, aby zdjąć odzienie, w którym zaczynało robić mi się gorąco, i pozwolić sobie na większą aktywność ruchową, która spada przy zbyt wielu potencjalnie wpatrujących się we mnie parach oczu. Kilka minut później lekarz wkroczył do środka (na pierwszy rzut oka wydał się w porządku, więc odetchnęłam w myślach z ulgą) i zrobiło się luźniej. Kolejka posuwała się zadziwiająco szybko, choć z drugiej strony nie było się czemu dziwić przy tego typu usługach. Nagle okazało się, że mamy pierwszeństwo, bo jesteśmy młode i podobno mamy mniej czasu niż starsi, a do tego potrzebujemy szybkiego dopełnienia formalności w pokojach miejskiego urzędu. Weszłam jako pierwsza przedstawicielka płci żeńskiej i zostałam przywitana uściskiem dłoni oraz uśmiechem. Wręczyłam skierowanie i ukradkiem rzuciłam okiem na cały gabinet – moją uwagę przykuł oprawiony w ramkę portret doktora wykonany ołówkiem, zdjęcie USG leżące na biurku i liczby wyświetlające się na ciśnieniomierzu, choć nie potrafiłam ocenić prawidłowości (lub jej braku) pomiaru. Lekarz milczał wypisując dokumenty. Potem nastąpiło ekspresowe (jako że moje oczy są w dobrym stanie) sprawdzanie wzroku za pomocą odczytywania liter z tablicy i dwa wdechy z przyłożonym do piersi stetoskopem. Nawet nie musiałam ściągać sweterka. Kilka konkretnych pytań, kilka ruchów długopisem po kartce i kolejny uścisk dłoni, tym razem na pożegnanie. W międzyczasie jeszcze miła wymiana zdań, a na koniec szczere życzenia powodzenia. Nigdy nie przypuszczałam, że wizyta u lekarza może być tak sympatyczna. Czy to się nazywa powołanie do zawodu? Potem skierowałam swoje kroki prosto do urzędu, by odbyć tam część mniej przyjemną, z kobietami konkretnymi, mówiącymi jedynie to co należy powiedzieć, podsuwającymi dokumenty do podpisania. Jak dobrze, że po drodze spotkałam kilka (nowych???) koleżanek, które w podobny sposób spędziły przedpołudnie, dzięki czemu czułam się pewniej, a może po prostu zapomniałam czym jest niepewność, choć chyba po prostu było mi dobrze z myślą, że nagle sytuacja stała się optymistyczna. W przeciągu najbliższych pięciu miesięcy będziemy widywać się nawet sześć razy w tygodniu, a ja zastanawiam się kim będzie druga połowa, która do nas dołączy, i co przyniesie tegoroczne lato bez wakacji, ale sześć miesięcy przymusowego urlopu zdecydowanie było tragiczne, więc teraz, tak, teraz musi być inaczej. Na razie powiedziałam o tym tylko jednej osobie, bo czekam aż pierwszy dzień będzie za mną.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz