Jesteśmy dorosłe, choć mam wątpliwości, czy akurat ja dorosłam do bycia
dorosłą. Dziewczętom w wieku nastoletnim zdarza się rozmyślać o dorosłym
życiu, a potem, gdy dorastają, wspominają dziecięce czasy i zerkają
nieśmiało w przyszłość; pojawiają się chłopcy, złamane serca, studia,
odmienne ścieżki i wszystko się rozluźnia, łącząca więź również.
Wiedziałam, że marzą o „zwykłym” życiu, mężu, rodzinie, dobrej pracy.
Nagle to wszystko zaczyna dziać się tu i teraz, a ja, nieugięta, od
ponad dziesięciu lat wiem, że takie życie jest nie dla mnie. Osobiście
mi to nie przeszkadza, ale wprowadza element niezręczności w moich
kontaktach z innymi. Dziwnie jest otrzymać zaproszenie na ślub
przyjaciółki, tym bardziej dziwne, jeśli jest się mną, trochę pogubioną i
przez to coraz bardziej oddaloną od głównych wydarzeń. Gdybym była kimś
innym, zostałabym świadkiem na ślubie swojej najlepszej przyjaciółki,
wyprawiłabym jej uroczy i niezapomniany wieczór panieński, dzielnie
wspierałabym w czasie stresu, uczestniczyłabym we wszystkich
przygotowaniach, ale jestem kim jestem, aspołecznym, niezaradnym i
biednym człowiekiem, który miałaby tysiąc ataków paniki, gdyby musiał
pełnić tak odpowiedzialną rolę. Nie wiem, kiedy zrozumiałam, że jestem
inna, że nie odnajdę się w życiu rodzinnym, że nie podołam roli
przyjaciółki, że dorosłe życie stanie się wyzwaniem, któremu nie stawię
czoła. Czasami szkoda mi, że nie jestem zwyczajna pod tym względem, bo
oczywiście nudnej zwyczajności jest we mnie wiele. Miło byłoby być
pomocnym w tak ważnym dniu swojej przyjaciółki, ale coś kiedyś poszło
nie tak i oto jestem niezdolna do czynów, które innym przychodzą łatwo i
z pewnością upłynie jeszcze wiele czasu nim uda mi się przeskoczyć te
trudności. Za trzy miesiące będę miała dwadzieścia sześć lat, więc już
niedługo stuknie mi trzydziestka. Brzmi kosmicznie. Podejrzewam, że w
dniu trzydziestych urodzin dotrze do mnie ze zdwojoną siłą świadomość
zmarnowanego życia. Już czuję zapowiedź tego dławiącego ból. Tylko Bóg
mnie przed tym uchroni. Tymczasem mam inny problem, związany właśnie ze
ślubem przyjaciółki. Dostałam zaproszenie z osobą towarzyszącą, to
oczywiste, jestem dorosła (trudno uwierzyć w to mojej nastoletniej,
zagubionej? duszy), więc jak to się stało, że nie mam ani jednego
kolegi, którego mogłabym i chciałabym zaprosić. Nie pójść na ślub
własnej przyjaciółki, którą zna się od dziecka raczej nie wypada. Jestem
oddalona od tętniącego życiem świata i coś sprawia, że nagle chcę iść,
chcę narzekać, że nie mogę kupić wygodnych butów i we wszystkich
sukienkach wyglądam grubo, chcę odegrać po raz kolejny uczestnictwo w
wydarzeniu, do którego nie pasuję. Ale nagle okazuje się, że nie chcę
iść sama, nie chcę siedzieć przy stole sama, tańczyć sama, choć wiem, że
pojawią się tam moi znajomi, z którymi mogłabym zamienić nie jedno
słowo i przetańczyć nie jedną piosenkę, ale nie zmieni to faktu, że
nadal będę sama, a oni wszyscy w parach. W tej sytuacji byłabym idealnym
świadkiem, miałabym ustalonego z góry partnera, ale nie nadaję się do
tej roli, więc mnie w niej nie obsadzono. Nie mogę pójść z kimkolwiek,
aż tak dobrą aktorką nie jestem. Trudny ze mnie człowiek, więc
dotrzymanie mi towarzystwa na tego typu imprezach jest trudne. Nie piję
alkoholu i oczekuję mało pijącej osoby (tak już mam, za dużo alkoholików
w rodzinie, by akceptować alkoholowe szaleństwo); nie potrafię tańczyć w
parach i czuję się niezręcznie, gdy zbliża się do mnie druga osoba (a
obca już na pewno!); nie potrafię swobodnie rozmawiać z ludźmi i ogólnie
mało mówię; nie potrafię jeść co godzinę, właściwie niewiele jem, gdy
inni patrzą mi na talerz; nie biorę udziału w weselnych zabawach, bo nie
lubię być w centrum uwagi i w ogóle chowam się przed obiektywem… Nie
sądzę, aby znalazł się ktoś, kto chciałby spędzić weselny wieczór i noc w
moim towarzystwie, nawet za pieniądze, których nie mam, więc może
lepiej pogodzić się ze swoim losem i iść samej, tak jak to robiłam do
tej pory przy wszelkich wydarzeniach, które wymagały pary. (Nie licząc
wesela, na które poszłam z przyjaciółką – siostrą bliźniaczką
obecnej-przyszłej panny młodej – bo to była moja bardzo bliska rodzina,
więc nikt nie posądził mnie o odmienną od prawdziwej orientację
seksualną, ani studniówki z kolegą z klasy, na której bawiłam się źle.)
Nie oszalałam na tyle, aby zamieścić ogłoszenie w internecie i
przeprowadzić casting. Ryzyko wybrania źle jest tak ogromne, że nie
warto szargać swoich nerwów. Ostatnio natrafiłam w telewizji na program
(nawet nie sprawdziłam nazwy, więc tym samym jej nie zapamiętałam),
gdzie kobiety w windzie zaczepiały potencjalnego weselnego partnera i
prosiły go o pójście z jedną z nich w roli narzeczonego, aby
zaoszczędzić biednej dziewczynie nieprzyjemnej konfrontacji z oczekującą
rodziną. Nawet testowały panów w weselnych zabawach, a jednemu
proponowały 10 tysięcy za zgodę, ale nie ugięty, nie chciał ani iść, ani
przyjąć wynagrodzenia. Odnalazłam w nim bratnią duszę. Żadne pieniądze
nie zrekompensowałyby mi stresu przez jaki musiałabym przebrnąć na
całkowicie obcym weselu. Bycie w parze to dla mnie jak zetknięcie się z
obcą kulturą. Ostatnio miewam nawet sny o tym, jak zgadzam się na
związek z kimś, a po chwili stwierdzam, że oszalałam, bo przecież nie
czuję nic, zupełnie nic, a potem nie wiem, jak wyplątać się z
niezręcznej sytuacji; nic przyjemnego. Nawet w snach nic nie działa. Nie
wiem, co robić. Nie chcę zrobić przykrości przyjaciółce, ale nie chcę
też zrobić przykrości sobie. Może lepiej pójść tylko na ślub i
zrezygnować z przyjęcia? Ale jeśli teraz nie będę brać udziału w tego
typu wydarzeniach, to kiedy przyjdzie na to czas? Chciałabym przez
chwilę być częścią „normalnego’ świata, nawet jeśli nie pasuję do niego
idealnie. Chciałabym wzruszyć się na przysiędze przyjaciółki, zobaczyć
niezwykłą radość na jej twarzy, przeżyć z nią jeden z najpiękniejszych
dni życia kobiety. Co mam zrobić? Czemu muszę podjąć samodzielną
decyzję? (Ach tak, jestem dorosła i odpowiedzialna sama za siebie.)
Stresuje mnie to. Mam dwa tygodnie na potwierdzenie obecności. Znowu
będę czekać do ostatniej chwili, czekać na odpowiedź, której nie
dostanę, na cud, który nie nadejdzie. Zupełnie nie rozumiem, czemu choć
raz nie może wyrosnąć przede mną idealny partner na wesele, tak po
prostu pojawić się tu i teraz, a potem zniknąć wraz z końcem całego
„zamieszania”. Zupełnie nie rozumiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz