22.03.2016

879.

Jesteśmy dorosłe, choć mam wątpliwości, czy akurat ja dorosłam do bycia dorosłą. Dziewczętom w wieku nastoletnim zdarza się rozmyślać o dorosłym życiu, a potem, gdy dorastają, wspominają dziecięce czasy i zerkają nieśmiało w przyszłość; pojawiają się chłopcy, złamane serca, studia, odmienne ścieżki i wszystko się rozluźnia, łącząca więź również. Wiedziałam, że marzą o „zwykłym” życiu, mężu, rodzinie, dobrej pracy. Nagle to wszystko zaczyna dziać się tu i teraz, a ja, nieugięta, od ponad dziesięciu lat wiem, że takie życie jest nie dla mnie. Osobiście mi to nie przeszkadza, ale wprowadza element niezręczności w moich kontaktach z innymi. Dziwnie jest otrzymać zaproszenie na ślub przyjaciółki, tym bardziej dziwne, jeśli jest się mną, trochę pogubioną i przez to coraz bardziej oddaloną od głównych wydarzeń. Gdybym była kimś innym, zostałabym świadkiem na ślubie swojej najlepszej przyjaciółki, wyprawiłabym jej uroczy i niezapomniany wieczór panieński, dzielnie wspierałabym w czasie stresu, uczestniczyłabym we wszystkich przygotowaniach, ale jestem kim jestem, aspołecznym, niezaradnym i biednym człowiekiem, który miałaby tysiąc ataków paniki, gdyby musiał pełnić tak odpowiedzialną rolę. Nie wiem, kiedy zrozumiałam, że jestem inna, że nie odnajdę się w życiu rodzinnym, że nie podołam roli przyjaciółki, że dorosłe życie stanie się wyzwaniem, któremu nie stawię czoła. Czasami szkoda mi, że nie jestem zwyczajna pod tym względem, bo oczywiście nudnej zwyczajności jest we mnie wiele. Miło byłoby być pomocnym w tak ważnym dniu swojej przyjaciółki, ale coś kiedyś poszło nie tak i oto jestem niezdolna do czynów, które innym przychodzą łatwo i z pewnością upłynie jeszcze wiele czasu nim uda mi się przeskoczyć te trudności. Za trzy miesiące będę miała dwadzieścia sześć lat, więc już niedługo stuknie mi trzydziestka. Brzmi kosmicznie. Podejrzewam, że w dniu trzydziestych urodzin dotrze do mnie ze zdwojoną siłą świadomość zmarnowanego życia. Już czuję zapowiedź tego dławiącego ból. Tylko Bóg mnie przed tym uchroni. Tymczasem mam inny problem, związany właśnie ze ślubem przyjaciółki. Dostałam zaproszenie z osobą towarzyszącą, to oczywiste, jestem dorosła (trudno uwierzyć w to mojej nastoletniej, zagubionej? duszy), więc jak to się stało, że nie mam ani jednego kolegi, którego mogłabym i chciałabym zaprosić. Nie pójść na ślub własnej przyjaciółki, którą zna się od dziecka raczej nie wypada. Jestem oddalona od tętniącego życiem świata i coś sprawia, że nagle chcę iść, chcę narzekać, że nie mogę kupić wygodnych butów i we wszystkich sukienkach wyglądam grubo, chcę odegrać po raz kolejny uczestnictwo w wydarzeniu, do którego nie pasuję. Ale nagle okazuje się, że nie chcę iść sama, nie chcę siedzieć przy stole sama, tańczyć sama, choć wiem, że pojawią się tam moi znajomi, z którymi mogłabym zamienić nie jedno słowo i przetańczyć nie jedną piosenkę, ale nie zmieni to faktu, że nadal będę sama, a oni wszyscy w parach. W tej sytuacji byłabym idealnym świadkiem, miałabym ustalonego z góry partnera, ale nie nadaję się do tej roli, więc mnie w niej nie obsadzono. Nie mogę pójść z kimkolwiek, aż tak dobrą aktorką nie jestem. Trudny ze mnie człowiek, więc dotrzymanie mi towarzystwa na tego typu imprezach jest trudne. Nie piję alkoholu i oczekuję mało pijącej osoby (tak już mam, za dużo alkoholików w rodzinie, by akceptować alkoholowe szaleństwo); nie potrafię tańczyć w parach i czuję się niezręcznie, gdy zbliża się do mnie druga osoba (a obca już na pewno!); nie potrafię swobodnie rozmawiać z ludźmi i ogólnie mało mówię; nie potrafię jeść co godzinę, właściwie niewiele jem, gdy inni patrzą mi na talerz; nie biorę udziału w weselnych zabawach, bo nie lubię być w centrum uwagi i w ogóle chowam się przed obiektywem… Nie sądzę, aby znalazł się ktoś, kto chciałby spędzić weselny wieczór i noc w moim towarzystwie, nawet za pieniądze, których nie mam, więc może lepiej pogodzić się ze swoim losem i iść samej, tak jak to robiłam do tej pory przy wszelkich wydarzeniach, które wymagały pary. (Nie licząc wesela, na które poszłam z przyjaciółką – siostrą bliźniaczką obecnej-przyszłej panny młodej – bo to była moja bardzo bliska rodzina, więc nikt nie posądził mnie o odmienną od prawdziwej orientację seksualną, ani studniówki z kolegą z klasy, na której bawiłam się źle.) Nie oszalałam na tyle, aby zamieścić ogłoszenie w internecie i przeprowadzić casting. Ryzyko wybrania źle jest tak ogromne, że nie warto szargać swoich nerwów. Ostatnio natrafiłam w telewizji na program (nawet nie sprawdziłam nazwy, więc tym samym jej nie zapamiętałam), gdzie kobiety w windzie zaczepiały potencjalnego weselnego partnera i prosiły go o pójście z jedną z nich w roli narzeczonego, aby zaoszczędzić biednej dziewczynie nieprzyjemnej konfrontacji z oczekującą rodziną. Nawet testowały panów w weselnych zabawach, a jednemu proponowały 10 tysięcy za zgodę, ale nie ugięty, nie chciał ani iść, ani przyjąć wynagrodzenia. Odnalazłam w nim bratnią duszę. Żadne pieniądze nie zrekompensowałyby mi stresu przez jaki musiałabym przebrnąć na całkowicie obcym weselu. Bycie w parze to dla mnie jak zetknięcie się z obcą kulturą. Ostatnio miewam nawet sny o tym, jak zgadzam się na związek z kimś, a po chwili stwierdzam, że oszalałam, bo przecież nie czuję nic, zupełnie nic, a potem nie wiem, jak wyplątać się z niezręcznej sytuacji; nic przyjemnego. Nawet w snach nic nie działa. Nie wiem, co robić. Nie chcę zrobić przykrości przyjaciółce, ale nie chcę też zrobić przykrości sobie. Może lepiej pójść tylko na ślub i zrezygnować z przyjęcia? Ale jeśli teraz nie będę brać udziału w tego typu wydarzeniach, to kiedy przyjdzie na to czas? Chciałabym przez chwilę być częścią „normalnego’ świata, nawet jeśli nie pasuję do niego idealnie. Chciałabym wzruszyć się na przysiędze przyjaciółki, zobaczyć niezwykłą radość na jej twarzy, przeżyć z nią jeden z najpiękniejszych dni życia kobiety. Co mam zrobić? Czemu muszę podjąć samodzielną decyzję? (Ach tak, jestem dorosła i odpowiedzialna sama za siebie.) Stresuje mnie to. Mam dwa tygodnie na potwierdzenie obecności. Znowu będę czekać do ostatniej chwili, czekać na odpowiedź, której nie dostanę, na cud, który nie nadejdzie. Zupełnie nie rozumiem, czemu choć raz nie może wyrosnąć przede mną idealny partner na wesele, tak po prostu pojawić się tu i teraz, a potem zniknąć wraz z końcem całego „zamieszania”. Zupełnie nie rozumiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz