25.03.2016

880.

Moje ulubione święta w roku, a poprawnie ujmując: mój najcenniejszy czas w roku. Kiedy zbliża się Wielki Tydzień czytam więcej, słucham więcej, próbuję zrozumieć więcej, chcę więcej i jestem wdzięczna za ten „moment”, który mogę przeżyć po raz kolejny. Obiecuję sobie, że nie będę wracać do przeszłości, co jest zdaniem trudnym, bo przeszłość jest znana zbyt dobrze, ale warto pamiętać, że przyszłość ani trochę. Oczywiście można bawić się we wróżkę i przewidywać, ale nigdy, przenigdy nie wiesz, nawet, jeśli czynisz określone plany. Próbuję żyć lepiej, ale czasem przytłacza mnie ciężar przeszłości, te wszystkie pootwierane furtki złu, których nie jestem pewna. Czy zatrzasnęłam już wszystkie szczelnie, czy może niektórych zapomniałam zamknąć na klucz? Co jeśli nadal okłamuję siebie, jeśli nie wyleczyłam się ze wszystkich ukrytych zranień i jestem bardziej podatna na pokusy? Mam świadomość, że przede mną jeszcze wiele dni trudu i starań, życie przecież trwa dalej, ale dawniej poddałabym się  bez walki, leżałabym na podłodze (realnie) i płakała z bezsilności, zmęczenia i z mętlikiem w głowie, ale stało się tak, że oto jestem, ciągle próbuję, choć może tego nie widać, nawet po moich wpisach. Nadal bywa, że tracę nadzieję, siłę, ogarnia mnie strach, przegrywam ze słabościami, ale nawet jeśli pojawiają się rzeczy, które ciążą jak dawniej, wiem, że najważniejsza jest szczerość przed samym sobą, a potem przed Panem, i nagle wszystko nabiera innych barw. Nigdy nie przypuszczałam, że poczuję w sobie spokój, że przyjdą takie dni, w których nie będę zasypiać ze strachem, poczuciem przegranej, tonami win, utratą szans na uwolnienie i oddech pełną piersią. Przejście do dorosłości bywa ciężkie, tym cięższe, jeśli dawne rytuały przejścia wygasły lub straciły na znaczeniu, a człowiek tak zwyczajnie wpychany jest do obcego sobie świata i ma żyć jako dorosły. Nikt nie nauczył mnie świata, świat uczył mnie, na bieżąco, więc stąd mój brak przygotowania, do życia w ogóle, i wszechobecne zagubienie, i niepewność. Nie potrafię określić konkretnego momentu, w którym poczułam w sobie głód wiedzy; to działo się naturalnie, szukałam prawdy, bo prawda nas wyzwoli. Od dziecka chodziłam co niedzielę na mszę, i nie tylko w niedzielę, i nigdy nie przestałam, ale nie prosiłam, a przecież napisane jest proście a będzie wam dane, szukajcie a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Nie piszę tutaj często o swojej wierze; uważani mogą wyłapać nawiązania. Nie robię tego, bo nie sądzę, że jestem w pełni poukładaną osobą, więc drogowskazem też być nie mogę, lecz wiara była i jest to dla mnie ważna, i nie chcę milczeć, kiedy powinnam dzielić się dobrem, które przemienia mają duszę. Nie raz potrzebowałam lekarza. Diagnozując siebie małoletnią z przeszłości oraz z perspektywy czasu, wiem, że potrzebowałam konkretnej, zdecydowanej pomocy, której nie mogłam otrzymać z różnych powodów. Nie mam do nikogo żalu, stało się, życie, na które nie byliśmy odpowiednio przygotowaniu. Uświadomienie sobie tego było jednak bolesnym momentem, bo wyjście z kłamstw, w które się wierzyło, wymaga przepracowania wszystkiego od nowa, ale warto było, na końcu czeka uwolnienie. Moje zagubienie było skutkiem, a jego przyczyną nie zawsze moja osoba, lecz to, co robiłam w zagubienie, należało już do moich win. Nie będę rzucać przykładami na prawo i lewo, bo ze swoimi pisarskimi zapędami, mogłabym streścić pół dotychczasowego życia. Wspomniałam o swoim nieustannym uczęszczaniu na Mszę Świętą. Do tego spowiedź i przyjmowanie Komunii Świętej.  Niezależnie od tego na jakim etapie jestem, mogę stwierdzić z pewnością, że tylko to uchroniło mnie przed ostatecznym upadkiem (czyt. ciągnące się latami myśli samobójcze nigdy nie zostały urzeczywistnione) i nadal chroni, bo bez tego łatwo ulegałabym złu, krzywdziłabym bardziej siebie i innych dookoła. Myślę, że w życiu ważne jest spotkanie na swojej drodze mądrych i cierpliwych osób, a wierzcie, takich można spotkać choćby na youtube; wykład za wykładem, mocne słowa, które mimo to dają nadzieję i nawet brak bezpośredniego kontaktu sprawia, że usłyszenie o swoich problemach z innej perspektywy i z doświadczonych ust daje ukojenie. Znajdź przyczynę swojego smutku w życiu, i nie obcinaj chwastom jedynie liści, ale wyrwij je z korzeniami. Ostatnio przypomniano mi, że najprostszym egzorcyzmem jest znak krzyża, a właśnie to są te święta, nie króliczki, kurczaczki i jajeczka, choć i to jest ważne jako kulturowy aspekt, ale krzyż, to jest najważniejsze w tych świętach, On i Krzyż, na którym za nas umarł. Chciałabym pamiętać o tym, że zawsze jest nadzieja, jeśli szczerze zawierzymy swoje życie Bogu. Nie raz miałam porządnie namieszane w głowie, byłam wycieńczona, tak bardzo, że nawet sen nie przynosił ukojenia, więc zamiast podążać za huraganem w głowie, bez możliwości podzielnia się z kimkolwiek swoim parszywym stanem, zasypiałam z szeptaną w myślach modlitwą. Pewnie to nie jest to, o czym chce czytać dzisiejszy świat, ale musiałam wspomnieć o ważnym dla mnie czasie w życiu, aby nigdy nie zapomnieć, że można przetrwać wszystko, wszechogarniającą ciemność i duszący strach, i odrzucić zło z Jego pomocą, wyjść na prostą, zacząć odczuwać radość i dostrzec sens istnienia. Brzmi jak czarodziejska opowieść, ale to jest moje życie, prawda, którą odkryłam i o której nie chcę zapomnieć, choć zdarza mi się nie pamiętać. Walczmy o siebie i swoich bliskich, i nie otwierajmy furtek Złu, bo zamknięcie ich jest trudne.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz