Moje ulubione święta w roku, a
poprawnie ujmując: mój najcenniejszy czas w roku. Kiedy zbliża się Wielki
Tydzień czytam więcej, słucham więcej, próbuję zrozumieć więcej, chcę więcej i
jestem wdzięczna za ten „moment”, który mogę przeżyć po raz kolejny. Obiecuję
sobie, że nie będę wracać do przeszłości, co jest zdaniem trudnym, bo
przeszłość jest znana zbyt dobrze, ale warto pamiętać, że przyszłość ani
trochę. Oczywiście można bawić się we wróżkę i przewidywać, ale nigdy,
przenigdy nie wiesz, nawet, jeśli czynisz określone plany. Próbuję żyć lepiej, ale
czasem przytłacza mnie ciężar przeszłości, te wszystkie pootwierane furtki złu,
których nie jestem pewna. Czy zatrzasnęłam już wszystkie szczelnie, czy może
niektórych zapomniałam zamknąć na klucz? Co jeśli nadal okłamuję siebie, jeśli
nie wyleczyłam się ze wszystkich ukrytych zranień i jestem bardziej podatna na
pokusy? Mam świadomość, że przede mną jeszcze wiele dni trudu i starań, życie
przecież trwa dalej, ale dawniej poddałabym się bez walki, leżałabym na podłodze (realnie) i
płakała z bezsilności, zmęczenia i z mętlikiem w głowie, ale stało się tak, że
oto jestem, ciągle próbuję, choć może tego nie widać, nawet po moich wpisach. Nadal
bywa, że tracę nadzieję, siłę, ogarnia mnie strach, przegrywam ze słabościami, ale
nawet jeśli pojawiają się rzeczy, które ciążą jak dawniej, wiem, że najważniejsza
jest szczerość przed samym sobą, a potem przed Panem, i nagle wszystko nabiera
innych barw. Nigdy nie przypuszczałam, że poczuję w sobie spokój, że przyjdą
takie dni, w których nie będę zasypiać ze strachem, poczuciem przegranej,
tonami win, utratą szans na uwolnienie i oddech pełną piersią. Przejście do
dorosłości bywa ciężkie, tym cięższe, jeśli dawne rytuały przejścia wygasły lub straciły na znaczeniu, a człowiek tak zwyczajnie wpychany jest
do obcego sobie świata i ma żyć jako dorosły. Nikt nie nauczył mnie świata, świat
uczył mnie, na bieżąco, więc stąd mój brak przygotowania, do życia w ogóle, i wszechobecne
zagubienie, i niepewność. Nie potrafię określić konkretnego momentu, w którym poczułam
w sobie głód wiedzy; to działo się naturalnie, szukałam prawdy, bo prawda nas wyzwoli. Od dziecka chodziłam
co niedzielę na mszę, i nie tylko w niedzielę, i nigdy nie przestałam, ale nie
prosiłam, a przecież napisane jest proście
a będzie wam dane, szukajcie a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Nie
piszę tutaj często o swojej wierze; uważani mogą wyłapać nawiązania. Nie robię
tego, bo nie sądzę, że jestem w pełni poukładaną osobą, więc drogowskazem też
być nie mogę, lecz wiara była i jest to dla mnie ważna, i nie chcę milczeć,
kiedy powinnam dzielić się dobrem, które przemienia mają duszę. Nie raz
potrzebowałam lekarza. Diagnozując siebie małoletnią z przeszłości oraz z perspektywy
czasu, wiem, że potrzebowałam konkretnej, zdecydowanej pomocy, której nie mogłam
otrzymać z różnych powodów. Nie mam do nikogo żalu, stało się, życie, na które
nie byliśmy odpowiednio przygotowaniu. Uświadomienie sobie tego było jednak
bolesnym momentem, bo wyjście z kłamstw, w które się wierzyło, wymaga przepracowania
wszystkiego od nowa, ale warto było, na końcu czeka uwolnienie. Moje zagubienie
było skutkiem, a jego przyczyną nie zawsze moja osoba, lecz to, co robiłam w
zagubienie, należało już do moich win. Nie będę rzucać przykładami na prawo i
lewo, bo ze swoimi pisarskimi zapędami,
mogłabym streścić pół dotychczasowego życia. Wspomniałam o swoim nieustannym
uczęszczaniu na Mszę Świętą. Do tego spowiedź i przyjmowanie Komunii Świętej. Niezależnie od tego na jakim etapie jestem, mogę
stwierdzić z pewnością, że tylko to uchroniło mnie przed ostatecznym upadkiem
(czyt. ciągnące się latami myśli samobójcze nigdy nie zostały urzeczywistnione)
i nadal chroni, bo bez tego łatwo ulegałabym złu, krzywdziłabym bardziej siebie
i innych dookoła. Myślę, że w życiu ważne jest spotkanie na swojej drodze mądrych
i cierpliwych osób, a wierzcie, takich można spotkać choćby na youtube; wykład za wykładem, mocne
słowa, które mimo to dają nadzieję i nawet brak bezpośredniego kontaktu
sprawia, że usłyszenie o swoich problemach z innej perspektywy i z doświadczonych
ust daje ukojenie. Znajdź przyczynę swojego smutku
w życiu, i nie obcinaj chwastom jedynie liści, ale wyrwij je z korzeniami. Ostatnio
przypomniano mi, że najprostszym egzorcyzmem jest znak krzyża, a właśnie to są
te święta, nie króliczki, kurczaczki i jajeczka, choć i to jest ważne jako
kulturowy aspekt, ale krzyż, to jest najważniejsze w tych świętach, On i Krzyż,
na którym za nas umarł. Chciałabym pamiętać o tym, że zawsze jest nadzieja,
jeśli szczerze zawierzymy swoje życie Bogu. Nie raz miałam porządnie namieszane
w głowie, byłam wycieńczona, tak bardzo, że nawet sen nie przynosił ukojenia,
więc zamiast podążać za huraganem w głowie, bez możliwości podzielnia się z kimkolwiek
swoim parszywym stanem, zasypiałam z szeptaną w myślach modlitwą. Pewnie to nie
jest to, o czym chce czytać dzisiejszy świat, ale musiałam wspomnieć o ważnym
dla mnie czasie w życiu, aby nigdy nie zapomnieć, że można przetrwać wszystko, wszechogarniającą
ciemność i duszący strach, i odrzucić zło z Jego pomocą, wyjść na prostą, zacząć odczuwać radość i dostrzec sens istnienia. Brzmi jak czarodziejska opowieść, ale
to jest moje życie, prawda, którą odkryłam i o której nie chcę zapomnieć, choć zdarza mi się nie pamiętać. Walczmy
o siebie i swoich bliskich, i nie otwierajmy furtek Złu, bo zamknięcie ich jest
trudne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz