11.03.2016

877. thorn love

Nie słucham namiętnie ballad, bo nie jestem ich wielką fanką, zwłaszcza, że bywają popisem głosu (tylko popisem, to najgorsze, zwłaszcza w programach muzycznych typu castingowego), ale zdarzają się momenty, gdy podczas pierwszego odtworzenia utworu, głos wokalisty wzrusza mnie tak bardzo, że nie potrafię powstrzymać łez. Rzadka sytuacja, tym bardziej dla mnie wartościowa. Uwielbiam moment, w którym sztuka spełnia swoją funkcję, przenosząc mnie o krok dalej. Wtedy nie jestem tylko zwykłym Kowalskim, w tym przypadku Kowalską, która dba jedynie o posiłki, sen i telewizję, ale nagle przypominam sobie, że mam coś tak dziwnego jak duszę, która potrzebuje czegoś więcej. Dziwne uczucie, być na moment gdzieś indziej, poza swoim ciałem, pokojem, rzeczywistością, a jednocześnie być tylko w jednym momencie, w chwili, być razem z melodią i czyimś głosem. To trochę jak moment załamania nerwowego. Nie chcesz, aby to przyszło, a jednak jest, obezwładnia cię; wraz z kolejnymi sekundami nie może się powstrzymać, bo jesteś w sieci melodii i głosu. Idąc tym tropem, połączenie ballady z obrazem filmowym dla mnie czasem zapaść. Niedawno w polskiej telewizji wyemitowano koreański serial. Gdy przypadkiem natrafiłam na jeden z odcinków, byłam w szoku słysząc znajomy język, ale stwierdziłam, że historyczna drama nie wciągnie mnie wystarczająco. Myliłam się. Spróbowałam. Przeżywałam. Nadrobiłam stracone odcinki w internecie, a potem cierpliwie oglądałam skrócone wersje w polskiej telewizji, choć nie rozumiem jak można było tak byle jak pociąć odcinki i z 51 zrobić aż 63. Nieważne. „Cesarzowa Ki” to niesamowity serial. Rzadko sięgam po wieloodcinkowe produkcje, ale ostatnio przerzuciłam się na dłuższe przebywanie z bohaterami, bo jakoś przykro mi, gdy dobry film trwa tylko półtorej godziny, zwłaszcza, że coraz trudniej znaleźć mi dostępne produkcje, które owładnęłoby moje myśli na dłużej, po zakończeniu seansu. Muzyka. Ballady. „Cesarzowa Ki” to serial z genialną ścieżką dźwiękową. Koreańscy wokaliści mają ujmujące, przejmujące i wyjątkowe głosy, a gdy usłyszałam po raz pierwszy „Thorn Love” panów z 4MEN, zabolało mnie serce. Nie wiem, te głosy bolą. Uwielbiam cierpieć w ten sposób. Niech żyje sztuka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz