Nie
słucham namiętnie ballad, bo nie jestem ich wielką fanką, zwłaszcza, że bywają
popisem głosu (tylko popisem, to najgorsze, zwłaszcza w programach muzycznych typu
castingowego), ale zdarzają się
momenty, gdy podczas pierwszego odtworzenia utworu, głos wokalisty wzrusza mnie
tak bardzo, że nie potrafię powstrzymać łez. Rzadka sytuacja, tym bardziej dla
mnie wartościowa. Uwielbiam moment, w którym sztuka spełnia swoją funkcję,
przenosząc mnie o krok dalej. Wtedy nie jestem tylko zwykłym Kowalskim, w tym przypadku
Kowalską, która dba jedynie o posiłki, sen i telewizję, ale nagle przypominam
sobie, że mam coś tak dziwnego jak duszę, która potrzebuje czegoś więcej.
Dziwne uczucie, być na moment gdzieś indziej, poza swoim ciałem, pokojem,
rzeczywistością, a jednocześnie być tylko w jednym momencie, w chwili, być
razem z melodią i czyimś głosem. To trochę jak moment załamania nerwowego. Nie
chcesz, aby to przyszło, a jednak jest, obezwładnia cię; wraz z kolejnymi
sekundami nie może się powstrzymać, bo jesteś w sieci melodii i głosu. Idąc tym
tropem, połączenie ballady z obrazem filmowym dla mnie czasem zapaść. Niedawno
w polskiej telewizji wyemitowano koreański serial. Gdy przypadkiem natrafiłam
na jeden z odcinków, byłam w szoku słysząc znajomy język, ale stwierdziłam, że historyczna
drama nie wciągnie mnie wystarczająco. Myliłam się. Spróbowałam. Przeżywałam. Nadrobiłam
stracone odcinki w internecie, a potem cierpliwie oglądałam skrócone wersje w
polskiej telewizji, choć nie rozumiem jak można było tak byle jak pociąć
odcinki i z 51 zrobić aż 63. Nieważne. „Cesarzowa Ki” to niesamowity serial. Rzadko
sięgam po wieloodcinkowe produkcje, ale ostatnio przerzuciłam się na dłuższe przebywanie
z bohaterami, bo jakoś przykro mi, gdy dobry film trwa tylko półtorej godziny,
zwłaszcza, że coraz trudniej znaleźć mi dostępne produkcje, które owładnęłoby moje
myśli na dłużej, po zakończeniu seansu. Muzyka. Ballady. „Cesarzowa Ki” to serial z genialną
ścieżką dźwiękową. Koreańscy wokaliści mają ujmujące, przejmujące i wyjątkowe
głosy, a gdy usłyszałam po raz pierwszy „Thorn Love” panów z 4MEN, zabolało
mnie serce. Nie wiem, te głosy bolą. Uwielbiam cierpieć w ten sposób. Niech
żyje sztuka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz