Nie pamiętam, jak to się stało, pojawili się nagle i
pozostali na stałe, pomogli mi zapomnieć, że muszę żyć, kiedy już nie chciałam,
a potem sprawili, że cierpiałam nie mogąc ich spotkać. Na wszystko muszę czekać
długo, bo świat bez pieniędzy nie istnieje. Nie wiem, od czego zacząć.
Chciałabym napisać to dla siebie, i dla innych, aby kiedyś uwierzyli, że i mnie
spotkało coś dobrego w życiu. Rzadko spotykam znajomych, od kilku lat widują
mnie tylko w nieciekawych momentach mej egzystencji; zamiast słuchać o pięknych
opowieściach z mych uśmiechniętych ust, widzą coś, czego wolałabym im
zaoszczędzić – zmęczenie, dezorientację, bezradność. Najszczęśliwsza bywam
siedząc przed komputerem, albo gdy mam okazję udać się na koncert ukochanego
zespołu po latach wyczekiwania, a zdarza się to raz na dziesięć lat. Niedzielny
koncert mogłam przeżyć wraz z koleżanką ze studiów; obie dostałyśmy się pod
władanie uroku zespołu Hurts i tak już zostało. Pogoda posuła się akurat w
dzień koncertu; zimne powietrze skutecznie zaniżało temperaturę wskazywaną
przed termometry. Byłam ubrana ciepło, ale mogłam ubrać się jeszcze cieplej. Mój
strój sprawił, że nie byłam w stanie czekać na po koncertowe wyjście zespołu
dłużej niż półtorej godziny, na wyjście zespołu, którego nie było. I to chyba jedyny
powód, dla którego powinnam cieszyć się, że założyłam spódniczkę, oraz, jak się
okazało, niewygodne buty, a parasolkę zostawiłam w hotelu, bo wcześniej nie była
potrzebna. Nie wiem kto zawinił, znalazłam tylko informację, że dwie i pół
godziny czekania zakończyły się niczym. Jeśli dobrze liczę, fani czekali do w
pół do pierwszej w nocy; jeśli kłamię, niech mnie ktoś poprawi. Podziwiam wytrwałych,
zwłaszcza, że widziałam osoby ubrane wiosennie, więc przykro słyszeć, że ich
poświęcony czas i zdrowie nie zostały wynagrodzone. Jestem ciekawa kto był
posłańcem złych wieści. Ale od początku. Los chciał, że nagle znalazłyśmy się
pierwsze w kolejce na trybuny. Nie przypuszczałam, że ludzie tak późno
przychodzą na koncerty europejskich wykonawców, a może to młode fanki, młodych
koreańskich zespołów o świcie ustawiają się w kolejce. W tej sytuacji mogłyśmy
kupić bilety na płytę i stać pod sceną, ale jak miałyśmy przewidzieć, my, mające
zerowe doświadczenie przy tak dużych koncertach, że nie wszystkim ludziom
spieszy się tak bardzo. Miejsca na trybunach miałyśmy jednak idealne,
rozpościerający się przed nami widok był satysfakcjonujący, a miejsca siedzące
zapewniły odpoczynek przed rozpoczęciem koncertu, przetrwanie supportu i wizytę
w szatni. Cały koncert i tak spędziłyśmy stojąc, a właściwie tańcząc i reagując
żywo. Nie mogło stać się inaczej przy tak genialnym zespole. Wróciłam bez zdjęć
i nagrań, choć wzięłam sprzęt. Szkoda czasu na zapisywanie wspomnień w ten
sposób, na patrzenie przez kolejny ekran na osoby, które i tak widujesz
codziennie na ekranie. Od początku do końca musiałam zarejestrować wszystko
własnymi oczami i wykorzystać czas na dobrą zabawę. Minęło pięć dni od koncertu,
a ja ciągle tam stoję i widzę ich na scenie, są realni, wiem, że są, a jednak momentami
mam wrażenie, że wszystko mi się tylko przyśniło. Panowie z Hurts są niesamowici
na żywo. W dodatku aranżacja sceny, światła, tańczące panie chórzystki, dały, nie bójmy się użyć
tego słowa, idealnie wyreżyserowane widowisko cieszące oko i ucho. Nadal jestem
oczarowana. Theo jest niezwykle charyzmatycznym wokalistą, więc nie sposób
oderwać od niego wzrok, choć starałam się podzielić swoją uwagą ze wszystkimi
osobami na scenie, co chyba mi się udało, bo nawet wyłapałam moment, w którym
Adam zjadł, jak się później okazało, banana. Po koncercie w myślach najdłużej
nuciłam „Nothing will be bigger than us”, pewnie dlatego, że była to pierwsza
piosenka podczas ponownego wyjścia zespołu na scenę, a ja musiałam kilka chwil
wcześniej napompować aż cztery balony, co było wyzwaniem. Nie mogę też nie
wspomnieć o tym, jak wielkie wrażenie zrobiło na mnie wykonanie „Weight of the world”,
w dodatku nie przymuszałam, że do niezbyt optymistycznego utworu można tak zmysłowo
wić swoim ciałem; dziękuję Theo, za zmianę moich poglądów. Poznałam Theo
tancerza – szkoda, że nie brał na sceny fanki do tańczenia z nim przy „Lights”,
myślę, że byłby to ciekawy element koncertu – ale poznałam też Theo dyrygenta,
który sprawił, że zgromadzony tłum rytmicznie poruszał dłońmi do piosenki
„Sandman”, co wyglądało imponująco. Nie byłam na wielu koncertach, ale wiem, że
poza ekscytacją i radością, pojawiają się odczucia tak różne, jak różni są
artyści i ich miejsce w naszym życiu. Czuję niedosyt, koncert minął jak jedna
chwila; byłam szczęśliwa, a jednak moje serce zbyt spokojne; nie dopadła mnie po koncertowa depresja, choć uroniłam
kilka łez, ale może z żalu, że to już, że tak, że po kilku latach moje marzenie
zostało spełnione, choć w swojej wszechobecnej biedzie nawet o tym nie marzyłam,
nigdy. He says: don’t let go, never give
up, it’s such a wonderful life, więc oto jestem, choć życie cięgle nie jest
wspaniałe.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz