26.07.2016

893.



Nie wiem, co robić; wiem – to nie nowość. Chciałabym wytłumaczyć wszystko ze zrozumieniem dla odbiorców, ale bez wtajemniczenie jest to niemożliwe. Na bieżąco dzielę się z dwoma osobami swoją żałosną sytuacją, w którą dałam się wciągnąć (z pustki w duszy czy z głupoty?), więc mam przy sobie dwie całkowicie odmienne osoby, a ich punkty widzenia są rozbieżne, więc gubię się jeszcze bardziej, bo nie wiem, którego doradcy słuchać. (Nie mam siły na ponowne snucie tej pokręconej historii od początku, a szkoda, bo kolejna osoba to świeże spojrzenie na wszystko.) Ach tak, pewnie moje serce powinno być moim najlepszym doradcą, ale to nie sprawy mojego serca, sercowe owszem, ale nie osobiste, chcę myśleć, że nie, zupełnie nie, nie, nie i nie. Jestem rozsądna i zdecydowana, chociaż w tym temacie. Myślę o tych trzech męskich życiach (choć czy to ważne że męskie?), zupełnie nie rozumiejąc, czemu podjęłam wyzwanie zostania przyjaciółką wszystkich, choć nigdy nią nie będę, bo samo bycie ciągle bywa dla mnie problematyczne , więc obawiam się, że ostatecznie okaże się, że to było tylko tak, miałam sympatyczny wyraz twarzy i ktoś uwierzył, że mój senny spokój i łagodny uśmiech to dobroć, podczas gdy znowu to tylko subiektywne wrażenie, ale czy mogę liczyć na inny odbiór, przecież na wszystko patrzymy subiektywnie, sama wiem to najlepiej, mój subiektywizm jest tak okropny, że zagłusza prawdę. Smutno mi. Nie, to nie smutek, to zmęczenie. Jestem ciągle zawiedziona, że mój pisk jest (nadal) nieuleczalny i ostatecznie wszystko sprowadza się do tego, że nie umiem funkcjonować w społeczeństwie i niezależnie od tego jak ogromne jest we mnie pragnienie normalności, drobne rzeczy, które innym nie sprawiają najmniejszej trudności, mi ściskają żołądek. A na końcu jest pisk w uszach i już nie mogę dłużej, a przecież muszę, i tęsknie spoglądam w niebo oczami, przed którymi już pół roku migoczą mroczki i chcę uciec aż do gwiazd. Jestem zawieszona w pustce, którą od czasu do czasu atakują przykre emocje. Wtedy aktywuje się we mnie chęć brojenia, zupełnie jak u dziecka, które z nudy ma ochotę napsocić. Myślę o sytuacjach, które już dawno pogrzebała przeszłość. Chciałabym zamieszać, coś popsuć, zmienić, wciągnąć w to innych, mówić im piękne, lecz nieodpowiednie (nieprawdziwe?!) słowa, ale niebezpiecznie zmieniające rzeczywistość. Och, gdybym tylko nauczyła się mówić. Na szczęście mam w sobie zamontowaną tamę, która chroni przed potokiem słów. Tylko jeden moment bez zawahania mógłby popsuć całą barierę ochronną i zalać nasz wszystkich; tyle ofiar od niespodziewanej katastrofy naturalnej. Jestem niespokojna, jakbym w magiczny sposób miała wyzbyć się obaw i nabrać odwagi. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej się gubię. Czy to tylko chęć zabawy, czy coś ukrywam? Mam wrażenie, że nigdy nie uda mi się znaleźć odpowiedzi. Jakbym zawsze miała uciekać przed prawdą, gdy tylko pojawi się na horyzoncie; jakbym zawsze miała mówić wygodne kłamstwa, które zapewnią mi święty spokój. Zbliża się wesele mojej drugiej przyjaciółki, nie może mnie tam zabraknąć, tak mówi, choć przecież mogłoby mnie nie być, nie pasuję do takich historii, a jednak powinnam odepchnąć swój egoizm, uśmiechać się dla niej i z nią. Mam trzech kolegów, a jednak zaproszenie którego któregoś z nich wiąże się z ryzykiem, które prawdopodobnie jest wymysłem mojej wyobraźni, a jednak nie potrafię przeskoczyć tej myśli, bo oni wszystko skomplikowali, to ich wina, to oni mnie w to wciągnęli, w to coś, co nie daje mi spokojnie spać. Wygląda na to, że wszyscy postanowili czekać aż coś się wydarzy, tymczasem nie dzieje się nic, każdy milczy jak zaklęty i umiera po trochu, bo niepewność i samotne czekanie najbardziej wykańczają. Chciałabym tylko wiedzieć czy mogę swobodnie wysłać zaproszenie, czy mogę wybrać, czy mogę chcieć. Chciałabym normalnych relacji, ciszy prze snem, więcej krwi w ciele, i chciałabym pracę, którą prawie mam, tylko to czekanie na telefon i grafik dobija, mogliby się pospieszyć. Mówię sobie, że jestem cierpliwa, ale czekanie na odpowiedzi wywołuje we mnie nerwowość. Kręcę się bez celu. Robię pierwszy krok, a inni odsuwają się ode mnie o dwa. Rozumiem, nigdy nie będzie nam po drodze, bo błądzimy po innych dolinach, więc czemu ciągle liczę, na coś, na cokolwiek, co pozwoli mi zapomnieć, że już nie mogę. Nie wiem czy pustka była warta zastąpienia tym bałaganem. Chcę wyjaśnień, potrzebuję ich by dalej funkcjonować. Czy chociaż raz w życiu nie można o tym wszystkim szczerze porozmawiać, tak bez uników, tak jak najlepsi kumple? Nie chcę późniejszych nieproszonych nawiedzeń przeszłości. Niech ktoś wytłumaczy mi  to teraz, choć mam wrażenie, że każdy nosi swoją prawdę i nie da się już nic zrozumieć. Jak to jest stać przed kimś ważnym z myślą, że istnieje między wami przemilczenie, z którego zdajesz siebie sprawę tylko ty, bo ta osoba nie wie, że ty wiesz, i nie możesz powiedzieć, bo obiecałeś milczenie komuś innemu, temu, którego znać nie powinieneś, i jak to się stało że wszyscy się znamy, a jednak nie znamy się wcale i każdy musi milczeć o tym, że zna się nawzajem i wie więcej niż można byłoby się spodziewać. Jakie to głupie. Samo myślenie o tym jest głupie. I ja jestem głupia. Dałam się wciągnąć. Chciałabym zaprzestać poszukiwań rozwiązania, bo to nie ja nabroiłam, bo to nie moja tama puściła. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz