Nie
wiem, co robić; wiem – to nie nowość. Chciałabym wytłumaczyć wszystko ze
zrozumieniem dla odbiorców, ale bez wtajemniczenie jest to niemożliwe. Na
bieżąco dzielę się z dwoma osobami swoją żałosną sytuacją, w którą dałam się
wciągnąć (z pustki w duszy czy z głupoty?), więc mam przy sobie dwie całkowicie
odmienne osoby, a ich punkty widzenia są rozbieżne, więc gubię się jeszcze
bardziej, bo nie wiem, którego doradcy słuchać. (Nie mam siły na ponowne snucie
tej pokręconej historii od początku, a szkoda, bo kolejna osoba to świeże
spojrzenie na wszystko.) Ach tak, pewnie moje serce powinno być moim najlepszym
doradcą, ale to nie sprawy mojego serca, sercowe owszem, ale nie osobiste, chcę
myśleć, że nie, zupełnie nie, nie, nie i nie. Jestem rozsądna i zdecydowana,
chociaż w tym temacie. Myślę o tych trzech męskich życiach (choć czy to ważne
że męskie?), zupełnie nie rozumiejąc, czemu podjęłam wyzwanie zostania
przyjaciółką wszystkich, choć nigdy nią nie będę, bo samo bycie ciągle bywa dla
mnie problematyczne , więc obawiam się, że ostatecznie okaże się, że to było tylko
tak, miałam sympatyczny wyraz twarzy i ktoś uwierzył, że mój senny spokój i
łagodny uśmiech to dobroć, podczas gdy znowu to tylko subiektywne wrażenie, ale
czy mogę liczyć na inny odbiór, przecież na wszystko patrzymy subiektywnie, sama
wiem to najlepiej, mój subiektywizm jest tak okropny, że zagłusza prawdę.
Smutno mi. Nie, to nie smutek, to zmęczenie. Jestem ciągle zawiedziona, że mój
pisk jest (nadal) nieuleczalny i ostatecznie
wszystko sprowadza się do tego, że nie umiem funkcjonować w społeczeństwie i
niezależnie od tego jak ogromne jest we mnie pragnienie normalności, drobne
rzeczy, które innym nie sprawiają najmniejszej trudności, mi ściskają żołądek. A
na końcu jest pisk w uszach i już nie mogę dłużej, a przecież muszę, i tęsknie spoglądam
w niebo oczami, przed którymi już pół roku migoczą mroczki i chcę uciec aż do
gwiazd. Jestem zawieszona w pustce, którą od czasu do czasu atakują przykre emocje.
Wtedy aktywuje się we mnie chęć brojenia, zupełnie jak u dziecka, które z nudy
ma ochotę napsocić. Myślę o sytuacjach, które już dawno pogrzebała przeszłość.
Chciałabym zamieszać, coś popsuć, zmienić, wciągnąć w to innych, mówić im
piękne, lecz nieodpowiednie (nieprawdziwe?!) słowa, ale niebezpiecznie zmieniające
rzeczywistość. Och, gdybym tylko nauczyła się mówić. Na szczęście mam w sobie
zamontowaną tamę, która chroni przed
potokiem słów. Tylko jeden moment bez
zawahania mógłby popsuć całą barierę ochronną i zalać nasz wszystkich; tyle ofiar od niespodziewanej katastrofy naturalnej. Jestem niespokojna, jakbym w magiczny sposób miała wyzbyć się obaw i nabrać odwagi. Im dłużej o tym myślę,
tym bardziej się gubię. Czy to tylko chęć zabawy, czy coś ukrywam? Mam
wrażenie, że nigdy nie uda mi się znaleźć odpowiedzi. Jakbym zawsze miała
uciekać przed prawdą, gdy tylko pojawi się na horyzoncie; jakbym zawsze miała mówić
wygodne kłamstwa, które zapewnią mi święty spokój. Zbliża się wesele mojej
drugiej przyjaciółki, nie może mnie tam zabraknąć, tak mówi, choć przecież
mogłoby mnie nie być, nie pasuję do takich historii, a jednak powinnam
odepchnąć swój egoizm, uśmiechać się dla niej i z nią. Mam trzech kolegów, a
jednak zaproszenie którego któregoś z nich wiąże się z ryzykiem, które
prawdopodobnie jest wymysłem mojej wyobraźni, a jednak nie potrafię przeskoczyć
tej myśli, bo oni wszystko skomplikowali, to ich wina, to oni mnie w to
wciągnęli, w to coś, co nie daje mi spokojnie spać. Wygląda na to, że wszyscy
postanowili czekać aż coś się wydarzy, tymczasem nie dzieje się nic, każdy
milczy jak zaklęty i umiera po trochu, bo niepewność i samotne czekanie
najbardziej wykańczają. Chciałabym tylko wiedzieć czy mogę swobodnie wysłać
zaproszenie, czy mogę wybrać, czy mogę chcieć. Chciałabym normalnych relacji,
ciszy prze snem, więcej krwi w ciele, i chciałabym pracę, którą prawie mam,
tylko to czekanie na telefon i grafik dobija, mogliby się pospieszyć. Mówię
sobie, że jestem cierpliwa, ale czekanie na odpowiedzi wywołuje we mnie nerwowość.
Kręcę się bez celu. Robię pierwszy krok, a inni odsuwają się ode mnie o dwa. Rozumiem,
nigdy nie będzie nam po drodze, bo błądzimy po innych dolinach, więc czemu ciągle
liczę, na coś, na cokolwiek, co pozwoli mi zapomnieć, że już nie mogę. Nie wiem
czy pustka była warta zastąpienia tym bałaganem. Chcę wyjaśnień, potrzebuję ich
by dalej funkcjonować. Czy chociaż raz w życiu nie można o tym wszystkim
szczerze porozmawiać, tak bez uników, tak jak najlepsi kumple? Nie chcę późniejszych
nieproszonych nawiedzeń przeszłości. Niech ktoś wytłumaczy mi to teraz, choć mam wrażenie, że każdy nosi
swoją prawdę i nie da się już nic zrozumieć. Jak to jest stać przed kimś ważnym
z myślą, że istnieje między wami przemilczenie, z którego zdajesz siebie sprawę
tylko ty, bo ta osoba nie wie, że ty wiesz, i nie możesz powiedzieć, bo obiecałeś
milczenie komuś innemu, temu, którego znać nie powinieneś, i jak to się stało
że wszyscy się znamy, a jednak nie znamy się wcale i każdy musi milczeć o tym, że zna
się nawzajem i wie więcej niż można byłoby się spodziewać. Jakie to głupie. Samo myślenie o tym jest głupie. I ja jestem głupia. Dałam się wciągnąć. Chciałabym zaprzestać poszukiwań
rozwiązania, bo to nie ja nabroiłam, bo to nie moja tama puściła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz