29.07.2016

894.


Znowu wiele sytuacji wygląda inaczej niż przypuszczałam jeszcze wpis temu, ale co mogę wiedzieć oceniając wszystko bez konfrontacji z prawdą kryjącą się w czyichś oczach. Pozostaje mi czekanie. Dzisiaj zapomnijmy o dramatach, w które mnie wtajemniczono, dzisiaj zajmijmy się dramatem wyłącznie moim. Byłam z wizytą u neurologa, który na dzień dobry oznajmił, że „na to nie ma lekarstwa”, więc jestem nieuleczalnie chora, co brzmi absurdalnie, bo nie umrę, choć po trochu umieram codziennie.  Wystarczy spojrzeć na moje wpisy z ostatnich siedmiu miesięcy, większość zahacza o dolegliwość, która ostatecznie sprawiła, że zawitałam w gabinecie neurologa.  Siedem miesięcy z szumami usznymi, które zaistniały po pechowym znalezieniu się w nieodpowiednim miejscu i czasie. Jestem załatwiona do końca życia, choć chcę wierzyć, że coś lub Ktoś jeszcze mnie uratuje, wyzwoli od tego, co obniża jakość mojego życia i siłę mojego ducha, zabierze pisk z moich uszu, znowu pozwoli cieszyć się błogą ciszą i zasypiać spokojnie. Jestem nieuleczalnie chora, to brzmi śmiesznie, bo nikt nie dojrzy tego w moim ciele, nikt nie zmierzy mojej dolegliwości, nie zbada, nie oceni, to jest coś, co należy tylko do mnie i z czym będę zmagać się już na zawsze... Nawet nie potrafię tego zaakceptować. Jak ludzie godzą się z czymś niezmiennym, z czymś stałym? Czym innym jest dostrzec swój koniec wraz z pojawiającą się chorobą, czym innym jest dostać wyrok dożywotni. Ciągle do mnie nie dociera, że siedem miesięcy temu ktoś rzucił przy mnie petardę, a jej wybuch zniszczył mi słuch, przekreślił uczestnictwo we wszystkich głośnych imprezach (żegnajcie koncerty, tak mi beznadziejnie smutno), zabrał ukochaną cieszę, spokój bycia, cząstkę mnie. W ciągu dnia wydaje mi się, że mogę tak żyć, ale bywa, że jestem wręcz zrozpaczona. Staram się o tym nie myśleć, ale nie ma dnia, który pozwoliłby mi zapomnieć, przecież do snu zamiast kołysanki gra mi w uszach pisk .Chciałabym być już na drodze do miejsca, gdzie wszystkie choroby znikają. Najbardziej boję się tego, że fizycznie będę silna, zaś psychicznie wykończona. Pan neurolog był najsympatyczniejszym lekarzem jakiego do tej pory dane było mi poznać. Leku nie ma, ale dostałam tabletki, mogą pomóc, ale to i tak eksperymentalne pakowanie w siebie chemii przez dwa miesiące, a przecież ciągle leczę anemię. Już niedługo minie rok mojej „jazdy na prochach”. Jak czują się osoby, które całe życie muszą coś zażywać, aby funkcjonować? Myślę o sobie i o innych, nierozsądnie jest porównywanie dwóch różnych sytuacji, a jednak... Nie mogę pozbyć się wrażenia, że moje życie z roku na rok staje się coraz bardziej bezsensowne i trudniejsze, przez co godzę się na wszystko jak marionetka, poddaję się życiu, a przecież zawsze chciałam płynąć pod prąd. I gdzie moja walka z trudnościami, gdzie w tym wszystkim jestem ja? Pragnę normalności jak nigdy dotąd, tymczasem wszystko jest chore.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz