8.07.2016

890. siódmy dzień siódmego miesiąca



Rzeczywistość kontra moja pogubiona osoba, jeden do minus stu, po przebudzeniu czułam się dziwnie i nie do końca rozumiałam przyczynę tego stanu, ale dopiero gdy brałam prysznic po moich policzkach pociekły zły, zupełnie jak za dawnych czasów, znowu poczułam, że coś straciłam, z własnej i nie własnej winy. Potem napisałam do wspierającej i podtrzymujące mnie na duchu przez ostatnie dni E. : „mam Ci tyle do opowiedzenia, było cudownie, ludzie byli świetni i kochani, ale oczywiście ja, „wielka imprezowiczka”, musiałam, nie wiem [...], Boże, jaka ja durna jestem, poczułam się źle koło północy, zadzwoniłam po brata, a ze strachu że [...] wyszłam bez pożegnania. [...] a teraz siedzę i nie mogę przestać ryczeć, bo dotarło do mnie jak zmarnowałam szansę na bycie normalną; teraz wszyscy pomyślą, że jestem niemiła, bo po prostu zniknęłam i możliwe, że to nie miało większego znaczenia, bo może tak naprawdę nikt nie zauważył mojej nieobecności... [...] tak naprawdę żal mi tego, że prawdopodobnie widziałam tych ludzi pierwszy i ostatni raz w życiu i tak mi szkoda zmarnowanego czasu, bo mogłam porozmawiać z nimi jeszcze o tylu rzeczach i jeszcze trochę wydłużyć czas powrotu do beznadziejnej rzeczywistości. Chcę umrzeć.” To nie wszystko co w tamtym momencie ściskało moje, napiszę myśli (bo nie serce), ale po rozmowie z E. rzeczywistość znowu stała się zwyczajna, a nawet zabawna i nie pierwszy raz w życiu stuknęłam się w głowę za swój dramatyzm, bo próbuję nakręcić dramat roku, a nie wydarzyło się nic, nad czym można byłoby prawdziwie zapłakać. Wersja złego samopoczucia była jak najbardziej prawdziwa, więc po co wymyślać lepszą. Kolejna nauczka, kolejny zawód na swoim osłabionym organizmie, i będę jeszcze trochę smutna, że nie pożegnałam się wcale, a tym bardziej jak na wdzięczną osobę przystało, i chciałam jeszcze tyle zrobić i powiedzieć, ale może dobrze, że wieczór przybrał inny scenariusz. Cieszę się, że miałam okazję poznać wiele ciekawych osób, choć pewnie ponad połowy z nich już nigdy w życiu nie spotkam, ale zapamiętam wszystkie twarze, choć wszystkich nowych imion nie pamiętam. Nawet jeśli nadal nie mamy wspólnego zdjęcia na pamiątkę, to ważne, że spędziliśmy wspólnie czas, nawet jeśli to był tylko wspólny dom, nawet nie pokój, bo minuty były chwilą i jak na gospodarza przystało byłeś dla wszystkich gości, ale jest coś niesamowitego w tym, że jesteśmy znajomymi, ty i ja, i znowu byliśmy bliżej na chwilę i możliwe że znowu oddalimy się na dłużej, bo życie wysysa z nas energię i zmusza do biegu, i każdy czegoś szuka, a my, dziwni z nas znajomi, czy ktoś pomyślałabym że tak spokojna ja i tak zakręcony ty potrafiliśmy się kiedyś dogadać, może z boku tak to wygląda, nie wiem jak postrzegają nas inni i naszą niecodzienną znajomość, ale mimo różnić wiem, że wszyscy gdzieś w głębi serca wierzymy w to samo i jestem naprawdę szczęśliwa, że mam cię chociaż od święta. Nie muszę patrzeć na nasze zdjęcie w ramce, nawet nie mam ramek ze zdjęciami w pokoju, wszystkie ważne dla mnie osoby mieszkają w mojej wyobraźni, piszę dla nich różne scenariusze i wiem, pewnie znowu wszystko jest zupełnie inne niż rzeczywistość, ale cieszę się, że przywitano mnie z uśmiechem, zagrano przy mnie na gitarze akustycznej i wymawiano moje imię z sympatią. Na chwilę zapomniałam, że życie ostatnimi czasy (które ciągną się niemiłosiernie), nie jest dla mnie łaskawe i czasem obawiam się, że nie podołam, nie wezmę się w garść, obrócę w proch, bo brak zdrowia i pracy mnie pokona, ale muszę znaleźć w sobie siłę, abym mogła jeszcze uśmiechnąć się do życzliwych mi osób, abym mogła im powiedzieć, że mieli rację wierząc, że jeszcze mi się uda...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz