Rzeczywistość kontra moja pogubiona osoba, jeden
do minus stu, po przebudzeniu czułam się dziwnie i nie do końca rozumiałam przyczynę
tego stanu, ale dopiero gdy brałam prysznic po moich policzkach pociekły zły, zupełnie
jak za dawnych czasów, znowu poczułam, że coś straciłam, z własnej i nie własnej
winy. Potem napisałam do wspierającej i podtrzymujące mnie na duchu przez
ostatnie dni E. : „mam Ci tyle do opowiedzenia, było cudownie, ludzie byli
świetni i kochani, ale oczywiście ja, „wielka imprezowiczka”, musiałam, nie
wiem [...], Boże, jaka ja durna jestem, poczułam się źle koło północy,
zadzwoniłam po brata, a ze strachu że [...] wyszłam bez pożegnania. [...] a
teraz siedzę i nie mogę przestać ryczeć, bo dotarło do mnie jak zmarnowałam
szansę na bycie normalną; teraz wszyscy pomyślą, że jestem niemiła, bo po
prostu zniknęłam i możliwe, że to nie miało większego znaczenia, bo może tak
naprawdę nikt nie zauważył mojej nieobecności... [...] tak naprawdę żal mi
tego, że prawdopodobnie widziałam tych ludzi pierwszy i ostatni raz w życiu i
tak mi szkoda zmarnowanego czasu, bo mogłam porozmawiać z nimi jeszcze o tylu
rzeczach i jeszcze trochę wydłużyć czas powrotu do beznadziejnej rzeczywistości. Chcę umrzeć.”
To nie wszystko co w tamtym momencie ściskało moje, napiszę myśli (bo nie serce), ale po
rozmowie z E. rzeczywistość znowu stała się zwyczajna, a nawet zabawna i nie
pierwszy raz w życiu stuknęłam się w głowę za swój dramatyzm, bo próbuję
nakręcić dramat roku, a nie wydarzyło się nic, nad czym można byłoby prawdziwie zapłakać.
Wersja złego samopoczucia była jak najbardziej prawdziwa, więc po co wymyślać
lepszą. Kolejna nauczka, kolejny zawód na swoim osłabionym organizmie, i będę
jeszcze trochę smutna, że nie pożegnałam się wcale, a tym bardziej jak na
wdzięczną osobę przystało, i chciałam jeszcze tyle zrobić i powiedzieć, ale
może dobrze, że wieczór przybrał inny scenariusz. Cieszę się, że miałam okazję
poznać wiele ciekawych osób, choć pewnie ponad połowy z nich już nigdy w życiu nie
spotkam, ale zapamiętam wszystkie twarze, choć wszystkich nowych imion nie pamiętam.
Nawet jeśli nadal nie mamy wspólnego zdjęcia na pamiątkę, to ważne, że
spędziliśmy wspólnie czas, nawet jeśli to był tylko wspólny dom, nawet nie
pokój, bo minuty były chwilą i jak na gospodarza przystało byłeś dla wszystkich
gości, ale jest coś niesamowitego w tym, że jesteśmy znajomymi, ty i ja, i znowu
byliśmy bliżej na chwilę i możliwe że znowu oddalimy się na dłużej, bo życie wysysa z nas
energię i zmusza do biegu, i każdy czegoś szuka, a my, dziwni z nas znajomi, czy
ktoś pomyślałabym że tak spokojna ja i tak zakręcony ty potrafiliśmy się kiedyś
dogadać, może z boku tak to wygląda, nie wiem jak postrzegają nas inni i naszą
niecodzienną znajomość, ale mimo różnić wiem, że wszyscy gdzieś w głębi serca wierzymy
w to samo i jestem naprawdę szczęśliwa, że mam cię chociaż od święta. Nie muszę
patrzeć na nasze zdjęcie w ramce, nawet nie mam ramek ze zdjęciami w pokoju,
wszystkie ważne dla mnie osoby mieszkają w mojej wyobraźni, piszę dla nich
różne scenariusze i wiem, pewnie znowu wszystko jest zupełnie inne niż rzeczywistość,
ale cieszę się, że przywitano mnie z uśmiechem, zagrano przy mnie na gitarze akustycznej
i wymawiano moje imię z sympatią. Na chwilę zapomniałam, że życie ostatnimi czasy (które ciągną się niemiłosiernie), nie jest dla mnie łaskawe i czasem obawiam się, że nie podołam, nie wezmę się w garść, obrócę w proch, bo brak zdrowia i pracy mnie pokona, ale muszę znaleźć w sobie siłę, abym mogła jeszcze uśmiechnąć się do życzliwych mi osób, abym mogła im powiedzieć, że mieli rację wierząc, że jeszcze mi się uda...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz