18.02.2017

927.

Budzę się z rana z myślą o tym, co zrobiłam, a czego nie powinnam. Kiedyś obiecałam sobie, że nigdy nie przekroczę tej cienkiej linii, tymczasem jestem zawiedziona. Do południa walę głową w mur i próbuję sobie wytłumaczyć, że nie ma sensu płakać nad rozlanym mlekiem. Popołudniu tracę energię i myślę, że nie czuję już nic i wszystko wydaje się takie odległe. Wieczorem już o tym nie myślę. Nocą, tuż przed snem, wzdycham z zawodem, że przegrałam samą ze sobą. I tak codziennie. Pośród wszystkich rutynowych czynności ciągle to. Mimo wszystko nadal uważam, że jestem mądrzejsza od innych i dopóki ciężar przeszłości nie zniknie z moich ramion, dopóki nie uporządkuję swojego wnętrza, wiecie, wątroby, nerek i serca, to nie zdecyduję się na zmiany, które mają dotykać też innych. I powinnam milczeć. Wtedy też powinnam się zamknąć. Nigdy nie znajduję właściwych słów. Wszystko co chcę przekazać streszczam do jednego zdania, które potem okazuje się tym najgorszym. Tak to się kończy, kiedy upychasz miesiącami tysiące słów, a potem wydobywasz z sobie jedno słowo, które ma oddać wszystko, a nie oddaje niczego. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz