10.03.2018

968.

Czuję się, jakbym publikowała trylogię, bo to trzeci wpis pod rząd, a ich wspólnym punktem jest zbyt duża ilość nadprogramowych myśli. Dzisiaj opowiem wam historię o tym, jak wszystkich dookoła opuszcza zdrowie. Może nie wszystkich, ale zawsze uderza mnie myśl, że gdzieś tam, w tym samym czasie, kiedy ja nieświadoma niczego spokojnie kładę się spać, ktoś bliski, w innym miejscu, nie może zmrużyć oczu, bo każde sekundy są dla niego ważne, a do tego jest tak wyczerpany i zmartwiony, że wypełnione oczekiwaniem dni ciągnął się niemiłosiernie. Nie mogę przytoczyć zbyt wielu szczegółów, bo ta historia nie jest moja, ale strach, znam różne odmiany strachu, choć tego jeszcze nigdy realnie nie doświadczyłam, strachu przed śmiercią bliskiej osoby, pewnie dlatego zaczęłam płakać, gdy usłyszałam, z jaką rzeczywistością musi mierzyć się moja przyjaciółka. Nie raz zdarzało mi się wylać wiele łez z powodu nieszczęść czy przykrości, które spadały na bliskie mi osoby, przy czym bliski mógł być ktoś, kto “opowiedział” mi swoją historię w internecie. Wylałam tyle łez, które nie zmieniają niczego, a jednak nie sposób było ich powstrzymać, słysząc jak wielkie ciężary noszą na swoich barkach ludzie. Tymczasem mój ojciec ma najprawdopodobniej raka i nie potrafię wylać ani jednej łzy z tego powodu, dlatego, że jest obca osobą, od zawsze, choć tylko osiemnaście lat temu postanowił z nas zrezygnować. Jak mogę płakać nad losem kogoś, kto na własne życzenie zmarnował swoje życie nałogami i ani razu nie wywołał szczerego uśmiechu na mojej twarzy? Z drugiej strony, jak mogę płakać nad losem zupełnie obcych i nie powiązanych ze mną osób -  to również nie mieści mi się w głowie. Wychodzi na to, że mogę płakać z tysiąca różnych powodów, tylko nigdy z powodu mojego ojca. Nigdy nie wylałam przez niego ani jednej łzy, albo po prostu tego nie pamiętam. Nie było mi też nigdy smutno. On zostawił tylko wielką pustką, w której jestem zamknięta od lat, a stało się to całkowicie poza moją kontrolą. Opowiem wam teraz tę część historii, po której przeczytaniu zareagujecie prawdopodobnie tak jak dwie osoby, którym przytoczyłam całą sytuacją; podsumujecie to jednym zdaniem - głupota ludzka nie zna granic. Moja rodzina, w sensie domownicy, czyli mama z braćmi, od lat jeżdżą do lekarza medycyny niekonwencjonalnej będącego z pochodzenia Ukraińcem. Pojawiłam się u niego może dwa razy będąc nastolatką, ale później, gdy dorosłam, stanowczo odcięłam się od tego pomysłu. Podstawą wiarygodności tego lekarza dla mojej rodziny jest to, że swoje zdolności uzdrowicielskie przypisuje Bogu i nie uważa się za cudotwórcę, nie lubi być nazywany bioenergoterapeuta, ani nie chce rozgłosu, tym bardziej w internecie, w dodatku nie wyklucza pomocy zwykłych lekarzy, sam będąc po medycynie. Dla mnie wiara w uzdrowicieli, niezależnie od tego jak bardzo są wiarygodni w tym, że działają “po dobrej stronie mocy”, jest właśnie tym - wiarą. Człowiek nigdy nie może mieć stuprocentowej pewności i jeśli ktoś deklaruje się jako osoba wierząca w Boga (który dla wielu jest takim samym uzdrowicielem jak ci ziemscy, czyli nieprawdziwym), powinien z taką samą wiarą bezpośrednio prosić o uzdrowienie tego, w kogo podobno najbardziej wierzy, niż pozwalać kłaść na sobie ręce kogoś obcego. Nie jest to jednak czas na dyskusję o tym, co jest prawdą, a co fałszem, na jakiej zasadzie działa rzeczywistość, ile jest prawdy w przypadkach cudownych uzdrowień i czy lepiej zostać uzdrowionym w gabinecie, czy modląc się przed świętym obrazem. Dodam tylko, że nie po to są na świecie lekarze i ludzie obdarzeni (przez Boga) możliwością chłonięcia wiedzy i talentem, aby nie korzystać z ich pomocy. Czemu o tym wszystkim wspominam? Otóż dwa tygodnie temu mój ojciec udał się do pana “uzdrowiciela” wraz resztą mojej rodziny. Udał się tam dlatego, ponieważ od roku(!) chodzi z czymś w postaci rany na podniebieniu/gardle, a teraz, widocznie z bólu, poszedł po rozum do głowy, choć nie do końca, bo nie uda się na badania. Wystarczyło mu, że ten lekarz postawił diagnozę i mu pomoże, jeśli będzie przyjeżdżał. Warto jednak zaznaczyć, że ten sam lekarz spytał mojego ojca, czy miał pobierane wycinki, co oznacza, że powinien mieć zrobione takie badania, nawet dla swojej pewności, nawet dla późniejszej wiarygodności, że został cudownie uzdrowiony, jeśli naprawdę ten lekarz mu pomoże. Tymczasem mój ojciec jest uradowany faktem, że nie będzie musiał leżeć tygodniami w szpitalu. Poza tym usłyszał, że jego podniebienie to nie wszystko, co mu dolega, ma też coś w brzuchu (nie znam szczegółów), więc jeśli, to prawdopodobnie przerzuty, jest jeszcze “weselej”. To wszystko brzmi niewiarygodnie, nawet dla mnie, nie rozmawiam ze swoim ojcem, bo nie mam mu nic do powiedzenia, więc nie orientuję się w szczegółach, bo mnie nie interesują, ale to jest moja historia na dziś. Faktem jest, że mój ojciec najprawdopodobniej od palenia papierosów ma raka, albo inną rzecz, którą powinien zająć się specjalista. Jeśli to rak (nawiasem mówiąc, gdy usłyszałam, że przez on ma to przez od razu pomyślałam, że zżera go rak), mój ojciec prędzej czy później umrze (jak każdy), a umrze tym szybciej, im mniej realne staną się działania owego lekarza. Nie wiem, co moja rodzina robi ze swoim życiem, ale mnie to wcale nie dziwi, w końcu w naszych żyłach płynie ta sama krew, ja też nie wiem, co robię ze swoim. Poza tym, problem mojego ojca jest niewygodny dla wszystkich, bo przecież przysporzył nam tyle zmartwień przez lata, a teraz to, jak on może być znowu chory, jakby alkoholizm nie był wystarczający. Nie wiem, jak to jest żyć ze strachem przed nagłą śmiercią bliskiej osoby i tym razem też się nie dowiem. Obawiam się, że w zamian mogę poznać inne, dotąd nieznane uczucia. Mogę?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz