Wiem, wiem, dopiero wstawiam jeden wpis, a już zebrało mi się na drugi. O czym dzisiaj będę marudzić? Otóż postanowiłam odwiedzić dziewczyny ze swojej poprzedniej pracy. Obiecałam im, że gdy znajdę kolejną pracę, to znaczy jak uda mi się w Poznaniu, co nigdy nie nastąpiło, to wpadnę na herbatę. Nie jestem w Poznaniu, więc mogłam na tę herbatę przyjść, bo przecież gdybym była, wysłałabym im co najwyżej pocztówkę. Dziewczyny tak bardzo przejęły się moją sytuacją - bezrobociem, że nagle zaproponowały, abym wróciła na drugi staż, co przecież nie zależy od nich, bo żadna z nich nie jest prezesem, ale tak się złożyło, że napisały pod koniec lutego, czyli wraz ze znalezieniem się przez mnie w sklepie wędkarskim. W tym tygodniu mroźne dni odeszły, więc i mi łatwiej było zebrać się do odwiedzin, zwłaszcza, że w końcu mogłam przyjść i opowiedzieć o czymś ciekawym, a nie snuć historię o tym, jak to znowu coś mi nie wyszło. Kupiłam ciasto, wypiłyśmy herbatę i posiedziałyśmy chwilę, bo zaszłam przed swoją pracą, więc nie miałam za wiele czasu. Prawda jest taka, że jedna z nich, dziesięć lat starsza, ma racje, ma rację mówiąc, że jeśli nic nie zrobię to utknę tu na zawsze. Przecież powtarzam to sobie od lat, a jednak nadal nie wpadałam na ten cudowny pomysł, który odmieniłby moje życie. Nie mam problemu z myślą, że opuszczę to miejsce na zawsze, mam problem z tym, że nie wiem, jak zrobić to bez pieniędzy i poczucia winy, że okradam rodzinę. Na razie to nieważne. Najbardziej bawi mnie, a jednocześnie wprawia w zakłopotanie, gdy inni próbują ułożyć najlepszy dla mnie plan działania nie biorąc pod uwagę tego, że nie nadaję się do jego realizacji. Tak oto ta sama koleżanka wpadła na pomysł, abym postarała się o wizę (już widzę jak chętnie mi ją przyznają) i wyleciała do jej babci do Stanów, skąd już nigdy nie wrócę, bo będzie mi tam tak dobrze. Widzicie jakie to proste. Nie zrozumcie mnie źle, M. jest naprawdę kochana i robi to, aby mnie zmotywować, ale niestety, łatwo doradzać komuś, kto nigdy nie siedział w mojej głowie, a trudniej wziąć się za realizację czegoś, co nawet nie brzmi przekonująco. Jestem z tych osób, którym nie byłoby żal niczego zostawiać, a jednak nie zostawię niczego nie mając pieniędzy, bo brak stabilności to coś, co męczy mnie całe życie, już od dziecka, i przegrywam z tym na każdym kroku. Poza “moim” amerykańskim snem, dowiedziałam się, że mogę zrobić inną rzecz, a mianowicie, znaleźć pracę trochę dalej, zrezygnować ze stażu (bo tylko umowa o pracę na to pozwala) i zamieszkać z naszym wspólnym znajomym na stancji, który zakończył pracę zaraz po mnie i przeprowadził się do innego miasta, aby jednocześnie pracować i studiować. Gdy dowiedziałam się, że rozmawiały z nim o mnie, kiedy pojawił się w odwiedzinach dzień przede mną (co za zbieg okoliczności), miałam stan przedzawałowy. Rozumiem, że tak to działa, bez znajomości ani rusz, ale żeby wpychać mnie na siłę chłopakowi (w dodatku młodszemu), który ma swoje życie i swoje problemy, to ponad moje siły. Może nie powinnam w ogóle się przejmować, wiem, nie powinnam, ale jest to znajomy, którego wyjątkowo polubiłam, a nie zdarza mi się to często, gdy chodzi o płeć przeciwną. Opuściłam dawne miejsce pracy, i pełna przejęcia napisałam do niego wiadomość, choć nie lubię takich sytuacji, że ktoś rozmawia z kimś na mój temat i potem ja muszę to wyjaśniać, bo czuję się winna, jakby to był mój własny pomysł. Przecież zaraz będę mieć dwadzieścia osiem lat. Jeśli nie ogarniam swojego życia, to tylko i wyłącznie mój problem, i sama powinnam dojść do tego, jak się ogarnąć. Napisał “oj wiesz jaka jest M.”, dodając uśmiechniętą buźką, a ja odetchnęłam z ulgą, bo wiem, ona jest po prostu nadopiekuńcza, a do tego najchętniej widziałaby, jak biję się o swoje. Cóż, znajomy musiał “uciekać” do swoich obowiązków, ja znalazłam się w pracy, więc wypadało pracować, zwłaszcza, że obok siedział jeszcze szef. Mimo to przeżywałam sytuację całe przedpołudnie, nawet ukradkiem zasypałam na messengerze koleżankę tą samą opowieścią, aby nie tłumić w sobie powracających wizji tego, że wszystko zmierza donikąd i chyba oszaleję od tych zmartwień. W dodatku jeszcze to, bo my - ja i koleżanka z messengera - w zeszłoroczne lato żartowaliśmy, że powinnam “wcisnąć się” właśnie do tego znajomego skoro jest w mieście, które może uratować mi tyłek, i nie mogę uwierzyć, że wszystko zawsze dzieje się nie wtedy, gdy powinno. Nawet myślałam, że zapłaczę nad swym losem w pracy, bo to prawda, zostanę tutaj na zawsze. W dodatki każde “porozmawiamy później”, zawsze oznacza, że nigdy nie wrócimy do tego temat i że w ogóle już nie porozmawiamy, jeśli nie będę pierwszą, która napisze i szkoda mi, sama nie wiem czego. Chyba tego, że wszyscy wracają do swoich obowiązków. Sara Quin kiedyś powiedziała: "I hate being so emotionally slutty. I need to stop loving everyone I have a long conversation with.", a mi nie pozostaje mi nic innego, jak tylko się pod tym podpisać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz