Minął już miesiąc odkąd zaczęłam pracę. Wydarzyło się tak wiele, ale naprawdę nie wydarzyło się nic. Monotonia dnia codziennego, to wszystko. Wychodzę z pracy pełna energii i pomysłów na wieczór, ale gdy dobijam do domu i zmywam makijaż, opuszczają mnie siły, więc tylko przewijam konta na mediach społecznościowych słuchając muzyki, a w tagach wylewam wszystkie żale dnia mijającego i ubolewam nad najgłupszymi rzeczami, jakie tylko mogą przyjść mi do głowy, czyli czemu x lub y to nie moim przyjaciele, przecież powinnam urodzić się tam i być kimś innym; właściwie uszczęśliwiłaby mnie sekunda w ich obecności, ale nie mogę mieć nawet tej sekundy, więc oglądam nagrania i zbiera mi się na płacz, nie wiem, czy z żalu nad sobą, nad własną głupotą, czy z tego, że nie cierpię siebie takiej potrzebującej i rozmemłanej. Myślę, że praca w dużej mierze przyczyniła się do rozbudzenia mojej emocjonalnej strony i nie chodzi o to, że moje stanowisko wymaga ode mnie zbyt wiele. Praca jak praca, czasem bywa trochę stresująco, ale to nic wielkiego, prawdzie złe i trudne czasy na chwilę odeszły, bardziej przyczynia się do tego mój współpracownik D., który czuje potrzebę rozmowy ze mną, a może to tylko moja cicha i milcząca strona nie jest przyzwyczajona do tego, że ludzie w trakcie pracy ze sobą zwyczajnie rozmawiają, aby umilić sobie czas. Tymczasem dla kogoś, kto przez pół życia niewiele mówi i czuje się nieswojo, gdy słyszy dźwięk swojego głosu, to trudna sytuacja, tym bardziej, że nie lubię mówić o sobie, bo to zaraz uruchamia we mnie wszystkie procesy analizy i przymusu samookreślenia. Nie chcę pamiętać, że nie wiem, co zrobić ze swoim życiem; że moi znajomi cierpią; że ktoś nie odzywa się do mnie od wieków, choć napisał, że da znać; że ktoś tam napisał, że porozmawiamy później i wiedziałam, że nie będzie żadnego później, a i tak mi przykro, bo chciałam się pomylić, a przecież nie będę się narzucać, bo nie mam w sobie potrzeby uzewnętrzniania się, natomiast wypad na “piwo” to w ogóle byłaby porażka, bo byłoby niezręcznie, bo ja taka jestem, niezręczna; nie chcę pamiętać, że nie mam właściwie nic, nawet spotkań z osobami, które lubię; a tym bardziej nie chcę pamiętać, że mój ojciec jest głupi, ani nie chcę słyszeć, że jest mądry i wrażliwy, bo jest głupi, nikt mądry nie zostawia rodziny dla seksu a po latach udaje że nic się nie stało, ani nie bierze codziennie od tygodni tabletek przeciwbólowych zamiast pójść do lekarza. Minął dopiero miesiąc, a mi już wkoło szyi zaciska się pętla, bo niewiedza mnie powala, a przecież chciałabym już wiedzieć, gdzie znajdę pracę po tej pracy. Chciałabym, aby odbyło się to szybko i bezboleśnie, ale już czuję, jak uderza we mnie ten sam strach. Myślenie o przyszłości nie pociesza, ale nie myślenie o niej to błąd. Kiedyś usłyszałam, że za bardzo wybiegam do przodu i niepotrzebnie się zamartwiam, więc przestałam i doprowadziło mnie to donikąd, takie życie z dnia na dzień i bez planów prowadzi donikąd. Boże, chciałabym w końcu odnaleźć swoje powołanie, ale obawiam się, że jestem za głupia, aby na to wpaść. Za to męczę się okropnie, gdy po raz setny muszę tłumaczyć każdemu z osobna, że nie zamierzam być z nikim w żadnym związku, ani rodzić dzieci, ani nic, nie chcę, by ktokolwiek się do mnie zbliżał, bo nie chcę być tą okrutną, która odtrąca każdego, nie chcę, aby ktokolwiek miał mnie w myślach, jestem wystarczająco zmęczona, tymczasem co, jakimś cudem mój sąsiad zdobywa mój numer telefonu i pisze żałosnego sms-a, jak to mu się podobam i że choć wie (och, ciekawe skąd, jeśli NIGDY ze sobą nie rozmawialiśmy poza przelotnie rzucanym “cześć”), że nie szukam nikogo, ale nie uwierzy, że nie czuję się samotna. Nie odpisałam. Nawet nie przyznałam się, że wiem, kim jest. Mam dość tego, że ludzie wiedzą lepiej, jak powinnam się czuć jako dwudziestoośmioletnia stara panna. Brzydzę się waszymi nieczystymi myślami skierowanymi w moją stronę. To was zżera samotność, więc szukacie takich naiwnych ofiar jak ja, spoko, ale nie, podziękuję. Poza tym mam problem z jedzeniem w pracy i jednak zaburzeniach odżywiania nie umierają nigdy, nawet jeśli nie przybierają specjalnie ekstremalnej postaci. Niezamierzenie schudłam 2 kilogramy, które pewnie nadrobię podczas świąt ze wszystkimi słodkościami. Choć gorsze jest chodzenie do toalety, takiej nie widzieliście pewnie nigdzie. Nie chodzi jednak o wygląd, ale o jej umiejscowienie, w środku sklepu, niedaleko lady, właściwie zawsze ktoś kręci się wkoło drzwi i słyszy każdy ruch. Zero prywatności. W dodatku drzwi nie mają zamka, natomiast zamyka się je i otwiera tak ciężko (pewnie są wiecznie napęczniałe i ich rozmiar nie odpowiada framudze), że można wykluczyć sytuację, gdy ktoś niespodziewanie chce wejść do środka. Mimo to ten fakt nie pomaga w skupieniu i za każdym razem, gdy idę w tamtą stronę, jestem zestresowana. Tak, właściwie to nie wiem, ale nie miałam jeszcze fobii przed oddawaniem moczu, może powinnam. Ach, co za urocze zakończenie wpisu. Tak, powinnam olać to wszystko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz