Sobota, 19 maja 2018 roku, mam dość. Wiem, wiem, nieprzyjemnie czyta się wpisy z serii świat-jest-beznadziejny-może-już-przestać-się-kręcić, ale co poradzę na to, że owe miejsce przeznaczone jest właśnie na wszystkie żale i smutki. Jest zimno już od tygodnia, a może i dłużej, pada, wieje, czasem bolą mnie zatoki, czasem marzną mi dłonie i mam wrażenie, że to już moja ukochana jesień, na co mój organizm reaguje brakiem energii, a myśli stają się jakby bardziej ponure. Siedziałam z rana w pracy w kurtce, bo w soboty nie pakujemy przesyłek, więc nie miałam szans na rozgrzanie się, aż do momentu, w którym szefowa nie wyszła na chwilę, a wraz z jej wyjściem przyszli klienci, więc przy obsłudze poziom mojego stresu i temperatura ciała wzrosły. Nie wiem, czy przez to cierpi moja moja cera, ale od dłuższego czasu mierzę się ze stanem jej pogorszenia, ja - która nie miała z tym nigdy większych problemów. Może to wina tego, że wraz ze zmianą trybu życia - z osoby niepracującej na pracującą - moja skóra nie ma ani dnia odpoczynku od makijażu, a przestać malować się nie mogę, bo mam brzydką buzię, więc trwam w błędnym kole rozpaczy. Dla kogoś, kto i tak jest brzydki i ciężko pracuje nad tym, aby nie skupiać się na sobie i nie myśleć o sobie w odniesieniu do innych osób - w sensie ani się z nikim nie porównywać, ani nie wyobrażać sobie tego, jak inne osoby mogą mnie oceniać w skali atrakcyjności - nagłe problemy z cerą, gdy chociaż to ratowało moją samoocenę - są przykre i nie do zniesienia. Poza winą kosmetyków, widzę też winę w moim dobry stanie zdrowia, czyli brak anemii równa się prawidłowe funkcjonowanie hormonów. Mój organizm zaskakuje mnie regularnością, a jednak tęsknię za niespodziewanym brakiem miesiączek, bo wtedy ani moje ciało nie zmieniało się raz w miesiącu, ani nie miało siły zaskakiwać mnie hormonalnymi (nie)przyjaciółmi na twarzy. Nie chciałabym, będąc podobno dorosłą kobietą, przechodzić załamania jak nastolatka, której trudno pogodzić się ze zmianami w jej organizmie. Raz mi w zupełności wystarczył. Poza tym i tak wystarczająco dużo ukrywam pod ubraniami, czy naprawdę powinnam jeszcze nosić torbę na głowie. Zdaję sobie sprawę, że inni mają gorsze problemy, z cerą, z bliznami, przebarwieniami, czy innymi skórnymi zmianami i przez to jestem na siebie bardziej zła, że zaprzątam swoje myśli tak mało istotnymi sprawami, które w odniesieniu do zbliżającego się zawsze końca, nie mają żadnego znaczenia. I czy to nie dziwne, że w innych dostrzegam to jako osobisty urok i wcale nie rzuca mi się w oczy coś, co dla nich samych jest obrzydliwe. Czasem chciałabym zrozumieć na jakiej zasadzie funkcjonuje ludzki mózg, że te same rzeczy dla każdego wyglądają zupełnie inaczej. Zimno mi, przez co piję mniej wody w pracy, natomiast w domu, wieczorem i przed snem, wlewam w siebie ciepłe płyny. Tracę apetyt, pewnie dlatego, że moje posiłki w pracy ograniczają się do kanapek, ponieważ najprościej je zrobić, jak i zjeść. Przy daniach do odgrzania trzeba zaraz robić całe przedstawienie, z mikrofalówką i zapachami, a ja tak bardzo nie lubię zwracać na siebie uwagi, tak bardzo, że nie jem przy innych i aż jestem na siebie zła, że tak zwykła i codzienna czynność jak jedzenie staje się czymś nienormalnym. Aż kolega uwierzył, że naprawdę nie jem nic od tych trzech miesięcy będąc przez osiem godzin w pracy, a mi zrobiło się okropnie głupio, że w ogóle to zauważył, co oznacza, że zwraca na mnie uwagę i wiem, że przecież to całkiem naturalne, przecież pracujemy ze sobą, ale bycie obiektem obserwacji bywa przytłaczające. Czasem zastanawiam się jak to jest, że ktoś lubi być w centrum uwagi, bo mi uwaga potrzebna jest jedynie wtedy, gdy cierpię, a przecież to i tak chęć uwagi cichej - bezsłownego gestu, zaciśnięcia dłoni, smutnego uśmiechu zrozumienia, nic więcej. Więc czemu to nie istnieje? Niewygodne pytania wprost sprawiają, że zaraz mam ochotę zapaść się pod ziemię. Zauważyłam, że ludzie w ogóle nie pytają o to, o co chciałabym zostać zapytana, a mogłoby być to nawet tematy trudne i osobiste. Zamiast tego pytają o rzeczy tak proste, jak plany na weekend, czy ulubione danie, na które nie potrafię znaleźć odpowiedzi, że aż mi głupio, i chyba się czerwienię, nie ze wstydu, a z poczucia presji. Czy to dziwne, że łatwo mówić mi o rzeczach trudnych, jak choćby nieuchronnie zbliżającej się śmierci mojego ojca, natomiast głupie codzienne życie zupełnie nie przechodzi mi przez gardło. Tylko nikt nie pyta o mojego ojca, bo z moich znajomych wiedzą o tym tylko dwie osoby. Najtrudniej jednak mówić mi o tych, za którymi po cichu tęsknię, a jest to tak ciche uczucie, że wręcz niezauważalne, aż jestem w szoku, gdy już mnie dosięga. Tymczasem w piątek, nie wczorajszy, a jeszcze wcześniejszy, gdy słońce przyjemnie grzało, po roku nieobecności spotkałam się z koleżanką ze studiów i jak cudownie było znowu odczuć, że czas nie zmienia niektórych znajomości i obawy bywają bezpodstawne. (Choć my regularnie utrzymujemy mailowy kontakt, więc jesteśmy oswojone ze swoimi myślami.) Jak dobrze było zobaczyć kogoś, kto cieszy się na twój widok i akceptuje ze wszystkim, co w sobie nosisz. Poczucie swobody przy innych to moje ulubione uczucie pod słońcem. I choć piszemy ze sobą regularnie, to nie zabrakło nam tematów. Spędziłam tamten dzień z myślą, że tak powinno wyglądać życie. Spotykasz znajomych, których lubisz, a oni lubią ciebie, bez skrępowania jesz z nimi na mieście, spacerujesz i prowadzisz banalne rozmowy o życiu, by za chwilę zagłębić się w egzystencjalny temat ocierając się o bezsens życia. Dlatego zjedzenie obrzydliwie słodkich lodów jest jak najbardziej na miejscu, więc poszłyśmy po obiedzie na lody, które nie wiem jakim cudem w siebie wepchnęłam. Mój żołądek ma małą pojemność, może dlatego, że nauczyłam się jeść mniej a częściej, a może nauczyłam się więcej pić, i szkoda, że to nie przekłada się na moją figurę. Ostatnie centymetry, które straciłam to wyłącznie zasługa jeżdżenia rowerem do pracy. Wiecie, jestem prawdopodobnie jedną z niewielu kobiet, która narzeka na rozmiar swoich piersi. Nie przeszkadzałoby mi ani trochę, gdyby tak jak obwód mojej talii, zmniejszył się też obwód biustu, bo nie rozumiem, czemu nigdzie nie ma staników w rozmiarze 70C/D (w zależności od modelu), tym bardziej w przyzwoitej cenie, tym bardziej nie usztywnianych, które niepotrzebnie powiększają biust. Może to głupie, ale dobrze byłoby mieć taki rozmiar, aby móc chodzić bez bielizny. Nie wiem, wychodzi na to, że muszę jeszcze stracić na wadze. Widzicie, i to jest realny problem, biust, a nie, popsuta cera, czy umierający ojciec. Ach, chciałabym umieć rozmawiać tak, jak piszę tę notkę. Bez skrępowania, jakbym miała dużo do powiedzenia. Muszę przyznać, że jestem trochę przemęczona. Sześć dni pracy robi swoje. W dodatku nigdy nie wracam prosto do domu, bo zawsze muszę coś załatwić, a potem nie wystarcza mi czasu na generalne porządki, nawet we własnym pokoju. Głupio prosić o wolne, które mi się należy za pracujące soboty, więc zamiast co tydzień, odbieram co dwa tygodnie jeden marny dzień, choć obawiam się, że w przyszłym tygodniu może i to się nie udać, bo szefowa wyjeżdża, akurat wtedy, gdy nie mam czasu na kupienie butów, bo za chwilę i Komunia i Chrzciny i chyba zostanę z tego wszystkiego w domu. Z tego całego smutku, który właściwie nie jest smutkiem, a nie wiem czym, dlatego na pocieszenie kupiłam w końcu książkę Grzegorza Musiała “Czeska biżuteria”, którą zaczęłam czytać 5 lat temu w czytelni biblioteki wojewódzkiej i nigdy nie miałam czasu dokończyć, ponieważ musiałam skupić się na pisaniu pracy magisterskiej. Wyobraźcie sobie, że przesyłka kosztowała więcej niż sama książka. Nie wiem, czemu nie ma wszystkich książek pana Musiała, gdy są tak tanie - może dlatego, że są trudne do znalezienia - więc pamiętajcie moi nieistniejący czytelnicy, jeśli kiedykolwiek w jakimś stacjonarnym antykwariacie znajdziecie książkę pana Musiała, prozę czy poezję, kupcie ją dla mnie, a zwrócę wam pieniądze. Jeśli o pieniądzach mowa, zgubiłam dzisiaj kartę do bankomatu. Sytuacja wyglądała tak, że nawet nie miałam wystarczających środków na telefonie, aby od razu zadzwonić na infolinię z prośbą o zablokowanie. Kartę zgubiłam przez własną głupotę i chyba za karę, bo obijałam się ostatnią godzinę w pracy, a mimo to wyszłam stamtąd z lekkim sercem i myślą o mojej wolnej niedzieli, która jak zwykle przeminie za szybko. Po trzydziestu minutach wracałam w stronę przystanku powstrzymując się od płaczu. W dodatku zaczęło padać i musiałam wyglądać naprawdę żałośnie. W dodatku moja brzydka twarz zrobiła się jeszcze brzydsza i zrobiło mi się tak beznadziejnie obojętnie, a potem dotarło do mnie, że tak muszą czuć się ludzie, którzy tracą wszystko w jednej chwili. Nie raz czułam się jak przegrana i nie raz byłam w sytuacji, gdy nie miałam pojęcia, jak zrobię następny krok do przodu, ale moje poczucie straty miało wymiar duchowy, to znaczy dotyczyło straty przyjaźni, miłości, czy wiary, natomiast strata wszystkich pieniędzy za jednym zamachem nigdy mnie nie dotknęła. I pomyślałam sobie, że tak muszą czuć się ludzie, którzy tracą majątek, ale właściwie to nie chodzi o pieniądze same w sobie, ale stratę czegoś, na co pracowali, ich wysiłek poszedł na marne, ich nadzieje na lepsze życie zniknęła, ich przyszłość rozmyła się w jednej sekundzie. Może tylko mnie nie opuszcza wrażenie, że ciągle zaczynam od początku i że zbieram nie wiadomo na co, a i tak na to nie uzbieram, ale moje marne 1300 zł na koncie to zaproszenie latem P. do siebie po czterech latach, od kiedy widziałyśmy się ostatni raz. Mam wiele obaw, bo i wiele się zmieniło, chyba bardziej u niej, a do tego moje jednoosobowe łóżko musi stać się jakiś cudem dwuosobowe, a właściwie potrzebuję materaca, albo nie wiem, a to przecież kosztuje, bo nie mam znajomych, od których mogłabym pożyczyć. Najbardziej stresuje mnie to, że może czuć się wyjątkowo niekomfortowo u mnie w domu, bo Ci ludzie, to znaczy moja rodzina, czasem sama wsłuchuję się w rytm tego domu tak, aby na nikogo nie wpaść i nie wywoływać głupich kłótni o łazienkę, czy porę ciszy nocnej. Stresuje mnie to, bo chciałabym, aby czuła się u mnie dobrze ugoszczona tak jak ja u niej. Kartę zablokowałam, nikt z niej nie skorzystał i nadal jestem bogata w moim osobistym pojęciu bycia bogatym. Napisałam dużo, a mam wrażenie, że mogłabym tak w nieskończoność, choć nie wiedzę w tym ani odrobiny sensu. I przepraszam za ten brak akapitów, ja wiem, zawsze wiem, że tekst powinno się dzielić, ale mój jest niepodzielony, bo moje myśli to jeden niekończący się ciąg. Wiecie, dzisiaj sobota i noc muzeów, byłam na takiej tylko raz, gdy pracowałam właśnie w muzeum, a przecież zawsze chciałam pojechać do miasta i pójść, z kimś, gdzieś, coś zobaczyć, ale nigdy nie miałam z kim, a w tym roku znowu nie dopisała pogoda i moja twarz i nastrój i włóczyła bym się po tym mieście jak duch wśród żywych. Chyba położę się już spać. Nie mam pojęcia jak wysiedziałam tutaj prawie do północy. Dawno nie kładłam się spać o tej godzinie, to wydaje się tak późno, ale bywa, że w soboty dopada mnie bezsenność; jestem obrzydliwie zmęczona, a nie mogę zmusić się do położenia w łóżku, bo zaraz trzeba będzie znowu wstawać i żyć. I owszem mogę, ale nie z tą twarzą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz