Nie wiem, czy wy - moi czytelnicy w postaci jednej osoby - lubicie sny, ale jeśli o mnie chodzi, to bywam przygnębiona, gdy miewam mnie marzenia senne. Podobno śnimy zawsze, codziennie, jednak często otwieram oczy bez żadnego zapamiętanego obrazu. Mówię więc, że nie mam snów. Przesypiam spokojnie całą noc. Śpię jak zabita. Od kiedy mam szumy uszne, czyli już ponad dwa lata, zasypiam błyskawicznie, jakby ten dziwny dźwięk kołysał mnie do snu. (Tak, wspominałam o tym tutaj sto razy). Oczywiście nie jest to prawda, ale często zapominam, że w ogóle cierpię na takie dziwne coś, chyba, że jestem przemęczona lub moje uszy łapią zbyt dużo dźwięków z otoczenia i na kilka sekund przeszywa mnie ogłuszający pisk, a ja ze strachem czekam aż minie, bo gdyby nie minął, prawdopodobnie nie zniosłabym takiego życia. Jeśli ludzie potrafią oszaleć z dnia na dzień, to z pewnością byłabym to ja. Tymczasem wspominam dni, gdy płakałam z bezsilności, że nie chcę tak żyć, a będę musiała i co właściwie dalej z tym wszystkim. Może czasem łapię się na tym, że jest mi przykro, bo ominą mnie wszystkie koncerty świata, a czasem czuję dziwną pustkę niedowierzania, lecz przez większość czasu nie pamiętam, że coś jest nie tak. Wracając jednak do moich pięknych snów. Gdy już śnię, są to tylko i wyłącznie sny tak realne, pełne uczuć, emocji i odczuwalnego dotyku, że budzę się ze złudnym przekonaniem, że wszystko wydarzyło się naprawdę. A potem łapię na tym, że ogarnia mnie dziwny smutek, choć nie wiem, czy w tym przypadku to dobre słowo, ale czuję stratę, niezależnie od tego, czy to sen dobry, czy zły, ponieważ zawsze w takich snach spotykam znajomych (lub koreańskich idoli, co jest zrozumiałe w moim przypadku, bo 50% informacji zapisanych w moim mózgu pochodzi właśnie z tamtej strony świata), tych znajomych, których spotkać nie mogę lub nie potrafię w realnym świecie. Od tygodnia jestem w dziwnym stanie, choć całkiem naturalnym dla mnie - kobiety. Próbuję zrozumieć jak to jest, że hormony potrafią rządzić ludzkim organizmem i myślami, i jak to jest, że kiedy mam okres (lub odrobinę przed), jestem nieustannie zmęczona, podczas gdy bez niego, robiąc te same czynności, zmęczona nie jestem wcale. Do tego zwyczajnie odechciewa mi się żyć. Podobno większość kobiet jest wtedy płaczliwa, przygnębiona, smutna, zła, och, no tak, po prostu ma wahania nastrojów, a mój cały świat nagle traci sens i przechodzę tylko od dnia do dnia, sama nie wiem po co. Dzisiaj obudziłam się z tego realnego snu i gdy dotarło do mnie, kto tam zawitał (co jest wypadkową mojego nadprogramowego myślenia o tej osobie) byłam, jak to określa się po angielsku, “done with myself”. Nie lubię być taka żałosna, nie lubię tego stanu, nie lubię nosić nikogo w myślach, bo mam wrażenie, że przetrzymuję tam daną osobę wbrew jej woli. Obudziłam się ze wspomnieniem czyjejś radosnej twarzy na mój widok oraz życzliwym ciepłym dłoni i tym pocieszającym “przecież nic się nie stało”, aż miałam ochotę krzyczeć, nie wiem, czy bardziej ze złości, że to był tylko sen, czy że to w ogóle śmiało mi się przyśnić coś takiego, zupełnie jak na złość. Sny mają niewiele wspólnego z rzeczywistością, takie jest moje przekonanie, są tylko nieracjonalną mieszanką dni przeszłych. Prawie, bo naprawdę miło byłoby spotkać realnie osoby ze snów, a tę jedną na pewno. Tak myślałam przez cały dzień i przez ostatnie tygodniem, ale teraz, jak co wieczór, jak kobieta, która krwawi, pytam siebie - po co mi to, po co te bezsenne noce i szukanie odpowiedzi na pytanie, czemu chcę widywać ludzi i po co właściwie widywać ludzi i czemu ludzie muszą się widywać, żeby żyć trochę radośniej. Wiecie, może nie ma w tym nic skomplikowanego, może chodzi tylko o to, że im dłużej kogoś nie widzisz, tym bardziej chcesz tę osobę zobaczyć, ale czy to spotkanie jest naprawdę potrzebne i czy ma jakiś sens, nie wiem, może ma, ale jakże okropne jest przeczucie rozczarowania, gdy dociera do nas, że ten ktoś może nie chcieć nas widzieć, skoro przychodzi tylko w snach. Jestem daleka od popadania w obsesję, jakiekolwiek, a jednak to nie daje mi spokoju. Przez te wszystkie lata próbuję zrozumieć, dlaczego ktoś tak bardzo wpisał się w moje życie swoją obecnością, która tak naprawdę nigdy nie była zbyt częsta, ale mimo to wartościowa, że jeszcze do końca nie zapomniałam, a chciałabym tak raz na zawsze, jakbym miała zanik pamięci. Ktoś powiedział mi, dosyć niedawno, że tak naprawdę nigdy nie tęsknimy za osobami, ale za tym, jak obecność tych osób sprawiała, że się czuliśmy. Jednak bez tej osoby niemożliwe jest to uczucie, więc wychodzi na to, że nadal tęsknimy za konkretną osobą. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej bezsensowne wydaje się to wszystko. Chciałabym tylko pójść na spacer i usłyszeć, czy masz się dobrze, a jeśli nie, to czemu tak jest. To wszystko. I pytam siebie, po co mi to i czemu nie potrafię, jak dawniej, zwyczajnie zaproponować spotkania, jakbym już nie mogła, bo tyle razy zbierałam się w sobie i próbowałam i chyba zrozumiałam, że nie jestem potrzebna. Och, czy ja naprawdę mam syndrom odrzucenia, na starość. Jestem oburzona. Może tylko o to chodzi w tym wszystkim, o nic więcej, zupełnie o nic, i może chciałabym tylko usłyszeć, że to nie dlatego, że ja to ja i że to nie przeze mnie, że nie jestem beznadziejna i milczenie skierowane w moją stronę nie jest milczeniem przeciwko mnie, że to tylko skutek dorosłego, zabieganego życia i że ludzie są i znikają i tyle, a potem znikasz i ty, czyli ja, bo każdy prędzej czy później znika, z pola widzenia lub z Ziemi, choć idzie do ziemi. Jeszcze wczoraj usłyszałam (nie bezpośrednio, ot słuchałam czegoś na youtube), że ludzie wrażliwi są delikatni w przeżywaniu emocji, i wiadomo, to przekleństwo, ale też wielki dar, bo to znaczy, że ma się ogromne serce, które fakt, bardzo cierpi, bo jest tak czułe i delikatne, ale to nadal dar, a ja mam ochotę krzyczeć ze złości, bo jaki dar, jakie serce, nikt nie lubi takich osób, takich co dostrzegają najmniejsze drgania rzeczywistości. Nikt. A siebie takie osoby lubić nie mogą. I tutaj przerwę swój żałosny wpis, bo nie wierzę, że to wszystko przez jeden głupi sen. W dodatku w tym momencie przypomina mi się zakończenie filmu "Słodko-gorzkie życie" i chyba muszę zapłakać rzewnie, bo to był piękny sen, lecz nie może się spełnić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz