26.05.2018

976.


Kiedy byłam dużo młodsza wydawało mi się, że jak nas swój wiek przeszłam zadziwiająco dużo i zamiast czuć się z tego powodu nieszczęśliwa, coś sprawiało, że na swój sposób byłam dumna z tych doświadczeń. Z perspektywy czasu odejście ojca do kochanki, gdy miałam dziesięć lat, jest niczym wielkim w świecie, gdzie małżeństwa rozpadają się co dnia. I jakże dziwny bieg ma ta historia, gdy pewny siebie, a może dający tylko takie wrażenie, nie liczący się z nikim i myślący o własnych potrzebach mężczyzna w sile wieku nagle jest zrujnowanym przez życie moim starym ojcem, który ostatecznie jest tylko obcą osobą pojawiająco się co jakiś czas w tym domu. Po osiemnastu latach nawet największa skrucha nie jest w stanie przyjąć do mieszkania kogoś, kto zburzył budowany z trudem spokój serc, które i tak od czasu do czasu wybuchają smutkiem. Kiedy miałam jedenaście lat, choć nie jest pewna, czy to był akurat ten czas, wiem tylko, że chodziłam do podstawówki, więc mogłam być młodsza, w naszym blokowym trzypokojowym mieszkaniu zamiast czterech osób nagle zaczęło mieszkać siedem. Czasem wracam myślami do tamtego czasu i ze zdziwieniem stwierdzam, że pamiętam niewiele. Nie potrafię przypomnieć sobie, jak wyglądały moje dni, o której kładłam się spać, co robiłam po szkole, co lubiłam jeść, jakie miałam ubrania w szafie, co oglądałam w telewizji i jak udawało nam się pogodzić kolejki do łazienki. Nie pamiętam nic z tamtego życia w siedem osób, jakby to w ogóle nie miało miejsca, a jednak zdjęcia w albumie pokazują, że tak właśnie było. Kiedy byłam wieku podstawówki, jeszcze chwilę przed tym zanim zamieszkaliśmy w siódemkę, nocowałam u cioci, a właściwie to u sióstr ciotecznych. Wiecie, dzieci zawsze bawią się w takie odwiedziny, bo nie muszą brać ze sobą walizki ubrań i kosmetyków, w przeciwieństwie do dorosłych, u których takie zabawy z czasem stają niewygodne. Tamtej jednej nocy przeżyłam swój pierwszy ogromny strach w życiu. Wujek, który formalnie moim wujkiem nie był, po alkoholu dostał ataku szału i chciał zabić ciocie siekierą. Nie widziałam jak biegał po podwórku, ale poczucie realnego zagrożenia dotknęło mnie bardzo. Pamiętam, że ryczałam okropnie. Przyjechała policja, choć wydawało się, że ci szczupli mężczyźni nie dadzą rady ogromnego facetowi. Już nigdy nie chciałam przyjeżdżać tam na noc, a potem pamiętam jak w niedługim czasie od tamtego incydentu zamieszkaliśmy w siódemkę, ja moja mama, dwóch moich braci, moja ciocia i dwie siostry cioteczne. To były dziwne czasy. Ciocia z jedną z córek wróciła jeszcze na jakiś czas do “wujka”, aby po czasie wyprowadzić się na stancję. Natomiast druga siostra cioteczna mieszkała z nami dłużej. Pamiętam jak uczyła się wieczorami do matury, głównie języka obcego, a dokładnie rosyjskiego, który był wtedy popularny. Pamiętam jak powtarzała po cichu słówka, co  przeszkadzało mi w zaśnięciu. Dzieliłyśmy razem pokój, bo mieściły się w nim dwa łóżka. Pamiętam jak szykowała się do studniówki, pamiętam jej piękną ciemnozieloną suknię i czarne specjalne pokręcone na tę okazję włosy. Kiedy myślę o tamtym czasie dociera do mnie, że tak naprawdę ze swoim ojcem miałam nie najgorzej. Miałam swój domu, nawet gdy moja emocjonalna stabilność podupadała z każdym rokiem, miałam w życiu coś stałego, swój własny pokój. Tymczasem moja siostra cioteczna mieszkała u nas i choć byliśmy rodziną, musiało być jej ciężko, i z tym że nie ma domu i z tym że jej mama na jakiś czas wróciła do kogoś, kto prawdopodobnie w jej oczach był tyranem. Nie dziwię się, że wolała mieszkać u nas niż u kogoś, kto nawet nie był jej biologicznym ojcem. Mimo to w szkole radziła sobie bardzo dobrze i nigdy nie widziałam jej płaczącej. Teraz ma własną rodzinę, dwójkę synów, i może w tej historii zrozumiałe jest po części to, że ma starszego od siebie o dziesięć lat męża. Nie wiem, czemu zebrało mi się na wspominanie cudzego życia. Przecież nie robię tego, aby oceniać którąś z tych osób ani wyjawiać sekrety rodzinne. Myślę sobie, takie było nasze życie, nie mieliśmy innego, ale nadzieja zawsze przychodzi zawsze nawet do najsmutniejszych domów. Jutro jest Komunia, więc spotkam zarówno tę siositrę cioteczną, jak i drugą, która tydzień później ma ochrzcić swoje dziecko. Dorosłyśmy, choć prędzej one niż ja, i jest coś niepocieszającego w tym, że nasze drogi się rozeszły, zwłaszcza, gdy młodsza z sióstr zamieszkał na stałe we Włoszech. O ile mi pisanie z obcymi ludźmi w internecie przychodzi nadzwyczaj łatwo, to trudniej pisać mi równie dużo i często z kimś, kogo znam realnie. Tak naprawdę z osobami, z którymi zaczynałam znajomość od realnego świata, nigdy nie potrafiłam utrzymywać pisemnego kontaktu, nie licząc koleżanek ze studiów. Może to wygląda tak, że jest we mnie ta świadomość rozbieżności; jestem całkiem inna, gdy mówię, a całkiem inna gdy piszę, przez co powstaje we mnie obawa, że ktoś nie będzie w stanie zaakceptować którejś ze stron, więc bezpiecznie trzymam się jednej, tej od której mnie ktoś poznał. Nie wiem, czy obawiam się jutrzejszej rodzinnej uroczystości. Chyba nawet się cieszę. Mam ładną sukienkę, mam kilka kilogramów mniej, a moja cera uspokoiła się na chwilę. I wiem, to danie zabrzmiało jak radość nastolaki, a nie wyznanie dorosłej kobiety. Mam też pracę i nawet spokojne myśli i nie martwię się o wszystkie pytania związane z tym, czy przypadkiem nie wychodzę za mąż. Obawiam się jednak tego, że odległość i cisza oddalają od siebie ludzi, bo czasem nasze wspomnienia o kimś bywają niezgodne z trwającą rzeczywistością. Nie powinnam myśleć na zapas, bo to jak próba przybrania odpowiedniej formy i dostosowania się do sytuacji. I czasem zastanawiam się nad tym, czy ludzie którzy żyją według protokołu potrafią być jednocześnie sobą w obowiązujących gestach, czy też czują się nieswojo i kłamliwie podczas różnych uroczystości. Kiedy byłam mała, mogłam być małą bohaterką, niby tyle przeszłam, ale w takie dni jak ten, czyli ciepłe i przyjemne kiedy jeszcze nie dopada mnie letni smutek, to wszystko wydaje się odległe i mało znaczące. Myślę o tym, że ta ciocia z dwiema córkami jest siostrą mojego ojca, a co dziwniej, była najlepszą przyjaciółką mojej mamy z lat szkolnych. Czy to nie cudowne, że na pewnym etapie swego życia pomagały sobie, a nawet razem mieszkały? Czy to nie przykre, że ciocia musiała być rozdarta pomiędzy swoim bratem a swoją przyjaciółką? Ale czy nie najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że ciocia i moja mama, dawniej bliskie, teraz rozdzielone drogami życiowymi i różnym podejściem do tych samych sprawa, oddaliły się od siebie? Oczywiście, gdy za każdym razem ciocia przyjeżdża z Włoch, odwiedza również i nas, ale czasem przykro patrzeć mi na to, że w mojej mamie istnieje dziwne niezrozumienie, coś jak niechęć, ale nie, to złe słowo na określenie tej relacji, a może to żal, albo smutek, nie wiem, ale przecież nie tak przedstawiają w filmach czy serialach długoletnie przyjaźnie. Wtedy też myślę o sobie i przyjaciółkach, które znam od małego i modlę się o to, aby nigdy doświadczenia życiowe nie odcięły mnie od ludzi, którzy bardzo mi pomogli. Miałam już raz w życiu taki przykry czas, gdy usunęłam się w cień, a potem drżałam o to, czy kiedykolwiek przyjmą mnie ponownie z otwartymi ramionami. Przyjęli, bo taka jest przyjaźń. Mimo to widzę w sobie własną matkę, oddaloną od innych, gdy rzeczywistość rzucała zbyt wiele ciężarów na barki. Czasem zdarza mi się płakać nad tym, jak złą jestem przyjaciółką, jak brak mi spontaniczności w pytaniu innych o to, co u nich, bo myślę, że to innym zupełnie niepotrzebne, moje głupie pytania. I potem, gdy spotykam ukochane twarze po miesiącach przerwy, spada mi z serca ogromny kamień, kiedy okazuje się, że nikt nie jest na mnie zły za milczenie. Wiecie, ludzie chyba często źle odbierają moje intencje, a mój dobór słów bywa sprzeczny z tym, co chcę przekazać. Czasem płaczę ze złości na siebie, że nie potrafię okazywać innym tego, jak bardzo jestem im wdzięczna za obecność (trwającą zawsze lub tylko na pewnym etapie), bo boję się, że jeśli nie umiem mówić, to napisanie tego nie będzie miało żadnego znaczenia, bo słowa pisane przepadają szybciej niż dźwięk czyjegoś głosu. Jak wielkie robią wrażenie te same słowa wypowiedziane wprost? Wydaje się mi się, że większe niż pisane, choć te zapisane można przechowywać na zawsze w szufladzie. Dla mnie wszystko ma znaczenie, może dlatego niektóre wiadomości, nawet po latach znam na pamięć. A może to dlatego, że czytałam je zbyt wiele razy, więc tkwią we mnie czasem trochę boleśnie. Wtedy zastanawiam się, czy ktoś pamięta skierowane w moją stronę słowa. Zastanawiam się też, czy ktoś pamięta moje obietnice, bo one we mnie tkwią. Wiecie, najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie ma znaczenia ilość przemyślanych godzin o danej osobie. Co z tego, że powiem komuś, że myślę i pamiętam w cichości swego serca, jeśli magiczna więź, która pozwala na przekazywanie ciepłych myśli na odległość nie istnieje. I co z tego, że myślę, jeśli to nie ma żadnego wpływu na daną osobę? Co z tego, że ktoś jest dla mnie ważny, jeśli nigdy tego nie powiem? Co jeśli powiedziałam, a nie miało znaczenia dla innych? Wczoraj, jak to w chwilach niespodziewanej miłości do życia, miałam ochotę obdzwonić wszystkich znajomych, ja która ma realną fobię przed rozmowami telefonicznymi i dzwoni do ludzi tylko w sprawach ważnych, a nie “poplotkować”, więc gdybym zadzwoniła, byłby to gest z mojej strony wielki, ale myśl o niezręcznej ciszy i niepotrzebnym zawracaniu głowy sprawiła, że zrezygnowałam. Wiecie, chyba powinnam zrezygnować z pisania w soboty, bo wychodzi na to, że niedługo zamiast streszczenia moich dni powstanie tutaj obrzydliwie szczegółowa biografia, której nikt nie będzie w stanie przeczytać. Przyznaję, że dzisiejsza notkę zaczęłam tworzyć w pracy między przerwami. Gdy wracałem do domu rowerem, wybrałam inną drogę niż zawsze (a wybieram pomiędzy dwoma najkrótszymi), więc przejeżdżałam obok domu babci i tam na podwórku nie stał nikt inny jak moja siostra cioteczna z mężem i synkiem. Uściskała mnie niespodziewanie mocno, a potem rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym i pomyślałam, że mam wielkie szczęście, że moje niektóre obawy stają się nieuzasadnione. Później, gdy już byłam w domu zrobiło mi niespodziewanie dziwnie i chyba nigdy nie znajdę słowa na określenie tego, co dzieje się we mnie w takich chwilach, ale popadam w taki dziwny stan, jakbym nie była realna, jakbym już nigdy przenigdy nie miała odnaleźć prawdziwej siebie i jakby wszystkie znajomości nie miały znaczenia, bo nigdy nie było w nich tej mnie, która mówi prawdę. Na pytanie o to, czy u mnie wszystko w porządku, czy jestem szczęśliwa, odpowiedziałam, że tak, jestem. Więc znowu dotarło do mnie, że automatycznie odpowiadam na takie pytania, nawet bez chwili zastanowienia, że u mnie zawsze wszystko w porządku. Mówię to z całym przekonaniem, uśmiechem i otwartością, a potem zalewa mnie dziwna fala wątpliwości. Ne jestem nieszczęśliwa, ale nie jestem też szczęśliwa i zastanawiam się, czy to normalne nie wiedzieć nic. Wszyscy w koło mnie prezentują model szczęścia, który powinien odpowiadać i mi, a tymczasem nie potrafię tak i zastanawiam się, czy naprawdę inni wiedzą o mnie coś, do czego sama nigdy nie będę w stanie się przyznać, bo moja niepewność zawsze wytrąca mnie z równowagi. Nie chciałam kończyć tego wpisu pesymistycznie, bo tak naprawdę stan mojej duszy jest dobry, a jednak od kilku dni nie mogę przestać o poniższych słowach:

No widzisz. Taki już widać jest ten los, że ze wszystkiego, co kochamy, tylko wiersze pozostają żywe. Ludzie odchodzą od nas szybciej niż ich ciała. Opuszcza nas ich miłość i jeśli nawet żyją gdzieś nadal w wielkich miastach, jeżeli nawet myślą o nas i wspominają nas, to nam już niestety brak tej czułości, którą razem ze sobą zabrali, a więc brak tego cudownego, wrażliwego na każde drgnienie pamięci odbiornika, w którym zgadujemy czyjąś obok nas obecność, choć ten ktoś jest bardzo daleko, i czyjąś o nas pamięć, choć ani jedno słowo nie pada.” (Grzegorz Musiał, "Stan płynny")

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że doskonale wiem, dlaczego ten właśnie cytat i dlaczego teraz i że to nie ma nic wspólnego z moją rodziną, ani trochę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz