Minęło dziesięć dni. Wydarzyło się wiele w mojej głowie, a w rzeczywistości chyba nic. Nie rozumiem, czemu siostra cioteczna tak chętnie zabiera mnie ze sobą gdziekolwiek. Przecież kilka lat odmówiłam w sposób dziecinny i dramatyczny bycia świadkiem na jej ślubie. Nigdy nie zachowywała się jak osoba mająca do mnie uraz, ale nie rozumiem, czemu tak chętnie nawiązuje ze mną kontakt. Czasem nachodzą mnie myśli, że zrobię coś, co sprawi, że mnie znienawidzi, że zrobię coś, co sprawi, że jej córka już nie stwierdzi, że jestem jej ulubioną ciocią. Nie wiem, czemu nachodzą mnie takie myśli. Tyle poczucia winy, tyle niemożności wyrwania się od siebie, wielka chęć zmiany, a w rezultacie wielkie nic, tylko tak z dnia na dzień, że może coś mnie uratuje. Nie potrafię się na niczym skupić, miotam się między zajęciami i obrazami. Potrzebuję wyciszenia, ale nawet w ciszy ciągle mam dźwięk w uszach, który mnie rozbija. Choć może to tylko wymówka. Może ze strachu zagłuszam prawdę o sobie. Mogę to zwalić na hormony, mam wrażenie, że podczas miesiączki nie jestem sobą, jednocześnie twierdząc, że taka rozmemłana wersja mnie jest wersją najprawdziwszą. Płaczę codziennie od kilku dni. Płaczę nad losem moich znajomych, którzy cierpią, płaczę nad sobą i swoją nieudolnością, płaczę ze złości, że nie mogę zapomnieć o tobie, kimkolwiek teraz jesteś. Nie chcę tego wszystkiego, ale nie staram się wystarczająco, aby się tego pozbyć, prawda? Moje dni to nadal strach o to, że rozdrapię swoją twarz i owszem, nadal to robię, choć w stopniu mniejszym, bo w końcu odkryłam co pomaga mojej cerze i jej stan się polepszył. Nie przeszkadza mi to jednak czasem stanąć w zawieszeniu przed lustrem i szukać niewidocznych wyprysków do rozdrapania, aby wyładować na sobie złość, oczywiście złość odczuwaną do samej siebie. Ostatnio pytam siebie, czy to moja wina, że niektóre osoby przestały szukać ze mną kontaktu. Boję się nawet spytać, czy to prawda, bo właściwie nie mam takiej możliwości, musiałbym znowu zawracać im głowę. Chciałabym potrafić się modlić. Chciałabym wierzyć. Chciałabym odciąć się od wszystkich znajomych i być ze sobą tak długo, dopóki nie usłyszę głosu Boga. Naprawdę czasem łapię na tym, że nie wierzę już w nic, tylko w Boga, a jednak odrzucając realny świat, odrzucam również Boga, który jest Stwórcą tego wszystkiego. Mój ojciec umiera nocami z bólu. Powiedział, że gdyby miał pistolet, strzeliłby w głowę, aby ulżyć sobie w tych cierpieniach. Widzisz, tato, podsłuchałam jak mama opowiada komuś o tym przez telefon, i pomyślałam, że dobrze to rozumiem, czasem to psychiczne cierpienie jest nie do zniesienie, że gdyby dano mi wybór, zrezygnowałabym z życia tu i teraz. Jak to jest, że z kimś nasze drogi się krzyżują, a z innymi nie mogą mimo starań? Mówię, bądź wola Twoja, a potem boli mnie, że to jedno spotkanie nie doszło skutku od trzech, czterech? (nie potrafię tego policzyć) lat. Może czas otworzyć oczy. Wiem, że jestem chora, ja to bardzo dobrze rozumiem. Rozumiem, że myślę błędnie, że to wszystko jest tak pogmatwane we mnie, że się gubię, na pewno już z 15 lat, więc mogę być zmęczona po takim czasie, prawda? Chciałabym mieć siłę, aby dotrwać do końca, aby przejść tę drogę i może któregoś dnia poczuć, że mogę, tak jak inni, że jeszcze mogę, że jeszcze jest trochę czasu, aby to miało sens. Dzisiaj tylko gorzko płaczę nad sobą i ze strachu, że nie wiem, co jest prawdą, a co fałszem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz