Opóźniłam się z poprzedni wpisem. Ojciec wyszedł dzisiaj ze szpitala i wszystko zaczyna się od nowa, codzienny stres z tym, że nie mieszka z nami od wieków, ale jest naszym ojcem. To my mamy się nim zajmować, my którzy nienawidzimy włóczenia się po wszelkich instytucjach, a niechęć tę nabyliśmy wraz z tym jak przez ojca musieliśmy łazić po tych wszystkich instytucjach, aby troszczyć się o swoje prawa wynikające z zostania rodziną rozbitą. Ktoś musi płacić za leki, ale to kwestia sporna. Nie ma renty, nie wiem, kto załatwiał papiery, ale nie przyszło potwierdzenie, a teraz nie ma się tym kto zająć, koronawirus i ciąża przykuwająca do łóżka, za dużo by wyjaśniać poza tym, że ciąża nie moja. Wszyscy chodzą podirytowani, wyrwani ze świętego spokoju. Na końcu to my - jako rodzina - jesteśmy najgorsi, bo nie biegniemy chętnie służyć ojcu w cierpieniu. Tylko że my gdzieś tam głęboko jesteśmy nieżywi i mamy dosyć i ciągniemy na naszym aby tylko jakoś przeżyć, aby nikt nam już nie dokładał tych rzeczy, które nas niszczą i przypominają o tym wszystkim, co zrobił z nami czas... Dzisiaj z rana, mając ponad godzinę czasu przed pracą, przeszłam się na rzekę. Kiedyś tamtędy z kimś szłam. To było kilka lat temu. Pamiętam dokładnie w co byłam ubrana tamtego dnia i jak ważne to było dla mnie spotkanie. Szłam tam dzisiaj z rana i mimo wyraźnych wspomnień czułam w sobie lekkość ducha, wdzięczność, że że mogłam wtedy z kimś pójść na podobny spacer i radość, że mam to dobre wspomnienie. Teraz mi obrzydliwie smutno, bo chciałabym cofnąć czas.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz