16.03.2025

1173.

Przebudziłam się w jasną księżycową noc. Temperatura na dworze spadła, w mieszkaniu wzrosła. Zrobiło się gorąco. Zaschło mi w gardle, więc chciałam napić się wody z kubka, który stał na stoliku przy łóżku. Wyciągając rękę zahaczyłam o stojący wazon z kwiatami i wylałam wodę. Pospiesznie podniosłam telefon z ulgą, że się nie zalał i wzięłam się za wycieranie bałaganu. Potem nie mogłam zasnąć przez dłuższą chwilę i zobaczyłam, że ktoś też nie śpi. Było chwilę po trzeciej. To był ciężki tydzień pod względem dolegliwości bólowych. Kończę go zmęczona, jakbym pracowała całe życie w kopalni. Czy naprawdę już nigdy nie wrócę do życia bez fizycznego bólu? Łatwiej było dźwigać to wszystko bez tego bólu. A może ten ból sprawia, że nie muszę dźwigać innych rzeczy, bo skupiam się na tym co tu i teraz? Chwilę temu była pełnia, a księżyc nadal ma pomarańczowo-żółty kolor. Słucham o rzeczach, które nie są mi już potrzebne do życia, a byłyby gdybym była od początku normalna. Słucham z ciekawości, wiedząc, że czasu nie da się cofnąć, a ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Robię też dużo innych dziwnych rzeczy. Słucham cudzych nagranych rozmów, czytam o cudzych życiach, pilnuję się jak mogę, aby nie popsuć komuś rzeczywistości. Przyciągam i odpycham. Tracę mojego Anioła Stróża. Nie wiem, kim jestem, wiem tylko, że jestem zmęczona.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz