21.03.2025

1175.

Wylałam morze łez na cudzym życiem; łez, które nic nie zmieniają. Pamiętam jak płakałam nad ruszającą się jedynką brata, płakałam jakby to był koniec świata, jakby nie wstawiali nowych zębów ludziom, jakby stomatologia nie istniała. Ostatecznie jedynka przestała się ruszać po czasie, nic się nie stało, nawet jak coś dzieje to nic się nie dzieje. Czasem takie właśnie jest życie - dzieje się - ciągle do przodu nieznanym sobie tempem - tylko ja stoję tu zbyt długo, aby ruszyć z miejsca. Poukładałeś swoje życie od nowa, mimo że było cholernie ciężko, a teraz będzie jeszcze ciężej, bo wygrzebałeś mnie z przeszłości, a ja dałam się wygrzebać. Od dwóch tygodni choruję fizycznie. Najpierw miesiączka, która zawsze osłabia organizm, potem lekka jelitówka dzięki najmłodszemu bratu, a na końcu wirus przyniesiony ze szkolenia przez starszego. Jestem zmęczona fizycznie, jestem zmęczona psychicznie. Z tylnego koła roweru wyciekło powietrze, jestem uziemiona, oszaleję w tym domu. Jest mi wstyd, jestem zła na siebie, ale nadal nie wiem, kim mam być w tym wszystkim. Byłam na drodze krzyżowej i pomyślałam o tym, że mogłabym zostać w tym kościele na zawsze. Położyć się na chłodnej posadzce i wpatrywać w czerwone światło nad tabernakulum. Właśnie samoczynnie zgasła ostania zapachowa świeca strojąca na biurku. Pora spać.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz