Czerwiec zaraz zniknie. Byliśmy w odwiedzinach u dwumiesięcznego W., choć naprawdę byliśmy w odwiedzinach u jego rodziców, a on smacznie spał w wózku. Gdy się obudził był grzeczny i radosny i niesamowite jak niektóre dzieci potrafią być spokojne, gdy mają pełnych miłości rodziców. Jechaliśmy w gorącą niedzielę, nie zeszłą, wcześniejszą i klasycznie, jak to w podróży, zrobiło mi się słabo i niedobrze, od tego ciepła i spiętych mięśni twarzy i oczu. Wiecie że można mieć spięte oczy, wewnątrz? Można mieć też spięty mózg. To dziwne uczucie, te wszystkie napięcie w ciele, niby nie dzieje się nic złego, a jednak coś jest nie tak, nie tak jak powinno być, nie tak funkcjonuje zdrowe ciało. Od razu przyspieszyło mi bicie serca, bo przypomniałam sobie udar, bo co jeśli to nie był zwykły brak świeżego powietrza, a coś głębiej w moim ciele. Brat otworzył okna, mimo że włączona była klimatyzacja. Jechaliśmy, a ja chciałam wysiąść, położyć się gdzieś i zasnąć, ale musiałam zagryźć zęby i udawać, że te zakręty nie sprawiają, że umieram. Uratował mnie tylko imbir. Nie zjadłam obiadu, dostałam go na wynos. Nie zjadłam deseru. Nie zjadłam nic. Wypiłam szklankę wody i sok, też z dodatkiem imbiru. Gdy wracaliśmy do domu pomyślałam, że nie nadaję się do życia w społeczeństwie i dawne nawyki nigdy nie giną i zdrowie nigdy nie wraca, jest co najwyżej znośnie i że chciałabym żyć z dala od ludzi, sama ze sobą, bez świadków, wiem, że ktoś już gdzieś napisał. Przed wyjazdem powrotnym zapomniałam skorzystać z toalety. Miałam kolejne załamanie nerwowe tego dnia, załamanie nad samą osobą, nad tym kim jestem i jak wygląda moje życie. Musieliśmy zatrzymać się po drodze gdziekolwiek i nie było nawet tego gdziekolwiek. Coś zaczepiło się o samochód i zaczęło rytmicznie stukać. Już myśleliśmy, że to hamulce i nie dojedziemy do domu, że stanie się coś - może zapali - i nie dojedziemy do domu już nigdy. Ale wystarczyła jedna dziura w drodze i to coś odpadło, czymkolwiek było i dźwięk ucichł. Zatrzymaliśmy się na poboczu. Wśród pól i zarośli załatwiłam swoją potrzebę fizjologiczną modląc się o to, abym nie miała spotkania pierwszego stopnia z kleszczem. Gdy wyszłam z krzaków, myśląc o własnej głupocie, jakiś obcy chłopiec jadący rowerem po chodniku powiedział mi dzień dobry, a ja pierwszy i ostatni raz w tym życiu odpowiedziałam mu to samo. Reszta drogi powrotnej przebiegła bezproblemowo. Nie wiem, jakim cudem miałam jeszcze siłę wyjść na koncert, ale poszłam i topiłam się w słońcu myśląc o tym, że jestem zmęczona tym bólem i fizycznym czuciem się źle codziennie od prawie pięciu lat. Myślałam też o tym, że gdy siedzieliśmy przy stole na tarasie, jedząc obiad - ja wzrokiem - otworzyło się przede mną proste, “zwykłe” życie, ale szczęśliwe, bo szczęście ma ten, kto jada przy stole z własną rodziną. Pomyślałam sobie, że to jak wygrać na loterii. Żona, świeżo upieczona matka po raz drugi, nie musiała się stroić, tak jak przekazują te durne poradniki, bo mąż cię zostawi, gdy zobaczy taką w nieładzie, nieumalowaną, taką zwyczajną, “brzydką”, nie seksowną. Ojciec rodziny jadł ze smakiem to co przygotowała żona i zabawiał gości rozmową. Wszyscy jedli obiad - tylko nie ja - mały spał w mieszkaniu w wózku, można było zerknąć w tamtą stronę przez otwarte drzwi na taras, koty chodziły swoimi ścieżkami, a pogoda dopisywała. Niesamowite jak kojąca potrafi być taka normalność. Niesamowite, że można siedzieć przy jednym stole w zgodzie i bez skrępowania. Niesamowite, że można cieszyć się swoją obecnością. Niesamowite, że ludzie potrafią zbudować zdrową relację, rodzinę, mieć siebie na dobre i na złe, mieć dzieci, mieć w sobie troskę, mieć w sobie przekonanie że to ma sens. Cieszę się, że komuś się udało. Napełnia mnie to niewyobrażalnym ciepłem, a jednocześnie uderza jak bardzo jestem od tego daleko i jak obca mi to definicja szczęścia. Gdybym musiała założyć rodzinę, zapłakałabym się na śmierć. To dziwne, przykre i przytłaczające, również dla mnie, ale to jestem ja, moja kochana rodzino, jestem kimś tak bardzo odmiennym od ludzie, którzy mnie otaczają i których spotykam, aż sama nie wiem, kim jestem. Najgorzej, że ciągle jestem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz