3.09.2025

1788.

Boję się tego, co czeka mnie jutro. Boję się tego, że nie mam skąd wziąć tej ogromnej sumy pieniędzy. Boję się, że padnie jeszcze wyższa kwota niż zakładam. Boję się, że nie dam rady przetrwać kolejnego dnia w tym stanie…bólu. Boję się, że znowu zacznie się ta męcząca wędrówka od lekarza do lekarza, czekanie dniami, miesiącami, a może latami na wizyty, badania, diagnozę. Boję się, że nigdy nie odzyskam siły, że będę tak już zawsze, że będę czekać tylko na to, aż stanie się coś, co wybawi mnie z obecnego stanu. Boję się, że będę musiała latami spłacać długi godząc się na niegodną i wyczerpującą pracę, która ostatecznie uczyni ze mnie zombie (och, ale czy już nie jestem martwa za życia?). Boli mnie, dzień po dniu, godzina po godzinie, minuta po minucie. Oszukiwanie się i wmawiania, że nie boli jest śmieszne. To jak ta scena z “Miodowych lat”, gdzie Karol Krawczyk wmawia sobie, że ząb go nie boli, aby potem wydrzeć się na cały głos, że jest inaczej. To ja, ale nie unikam lekarzy ze strachu, unikam z braku pieniędzy. Boję się jutra. To już nawet nie obawa, to strach, że nie otrzymam pomocy, bo mnie na nią nie stać. Siedzę i myślę tylko o tym. Chciałabym, aby było już po wszystkim. Chciałabym, aby powiedzieli mi, że za miesiąc zdejmą ten aparat i od teraz będzie inaczej, mniej boleśnie, ale nie powiedzą tego, bo mam te zęby w szczęce i wiem, że nadal są ułożone nieprawidłowo. Tak samo nieprawidłowo ułożone jak to co w mojej głowie.

W takich mementach myślę o wszystkich osobach, które kiedykolwiek weszły na ścieżkę mojego życia i zrobiły dla mnie coś ważnego, choć nawet o tym nie wiedzą. Kładę zmęczoną głowę na poduszce i zamykam oczyma do snu i jest mi przykro, że żadna z tych osób nie uwierzyłaby jak bardzo pomogła mi przetrwać na różnych etapach życia. Jest mi też żal, bo ostatecznie ich wysiłek doprowadził donikąd, bo najtrudniej wygrać z samym sobą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz