6.10.2014

831. "Miasto wschodzącego słońca"

Jak to bywa w moim małym świecie kinomana, od wybrania filmu do momentu seansu mijają tygodnie, a nawet miesiące. Nadal ciężko znaleźć mi cokolwiek. Nie pamiętam jak długo szukałam koreańskiego filmu „City of the rising sun” (1998), ale gdy już się znalazł, minęło kolejnych kilka dni, zanim zdecydowałam się na obejrzenie. Filmy wybieram rozsądnie, aby nie marnować czasu; chcę oglądać produkcje, które będą odpowiadać moim upodobaniom. Z „City of the rising sun” wiązałam duże nadzieje, mimo że poprzedni film tego samego reżysera oceniłam nisko. Z jednej strony chciałam poznać losy głównych bohaterów, z drugiej obawiałam się rozczarowania, a z trzeciej podejrzewałam, że może to być film, po którego obejrzeniu jest człowiekowi zwyczajnie szkoda, że już minął i znowu chciałby być przed momentem naciśnięcia „play”. Stało się. Minęło już sześć dni, a ja nadal myślę, że Seul jest miastem, gdzie wschód słońca prezentuje się niesamowicie, nawet na słabym obrazie z 1998 roku. W głowie pozostały mi też inne sceny, deszczowe szczególnie, a tym bardziej pozytywnie zaskoczyła muzyka. Natomiast dialog w końcówce filmu idealnie wpasował się w moją aktualną sytuację. Podejście Do Chul’a idealnie oddaje moje myślenie o przyszłości. Życzę jemu i sobie powodzenia, na pewno się przyda, gdy bez gorsza przy duszy i bez dachu nad głową będziemy oglądać kolejne wschody słońca. Chociaż nie, on ma lepiej. Nawet jeśli jego dziewczyna jest cholernie obrażona, to nadal jest jego dziewczyną, która ma własne mieszkanie, więc wystarczy przeprosić. No i jest jeszcze przyjaciel, który choć nie potrafi zrozumieć jego zamiłowania do boksu, to i tak skoczy za nim w ogień. Więc życzę sobie powodzenia, na pewno się przyda.

Do Chul: I want to have my own career. Let’s do it together, okay?
Hong-Gi: How much do you have?
Do Chul: Is money necessary for that?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz