Jak to bywa w moim małym świecie
kinomana, od wybrania filmu do momentu seansu mijają tygodnie, a nawet
miesiące. Nadal ciężko znaleźć mi cokolwiek. Nie pamiętam jak długo
szukałam koreańskiego filmu „City of the rising sun” (1998), ale gdy już
się znalazł, minęło kolejnych kilka dni, zanim zdecydowałam się na
obejrzenie. Filmy wybieram rozsądnie, aby nie marnować czasu; chcę
oglądać produkcje, które będą odpowiadać moim upodobaniom. Z „City of
the rising sun” wiązałam duże nadzieje, mimo że poprzedni film tego
samego reżysera oceniłam nisko. Z jednej strony chciałam poznać losy
głównych bohaterów, z drugiej obawiałam się rozczarowania, a z trzeciej
podejrzewałam, że może to być film, po którego obejrzeniu jest
człowiekowi zwyczajnie szkoda, że już minął i znowu chciałby być przed
momentem naciśnięcia „play”. Stało się. Minęło już sześć dni, a ja nadal
myślę, że Seul jest miastem, gdzie wschód słońca prezentuje się
niesamowicie, nawet na słabym obrazie z 1998 roku. W głowie pozostały mi
też inne sceny, deszczowe szczególnie, a tym bardziej pozytywnie
zaskoczyła muzyka. Natomiast dialog w końcówce filmu idealnie wpasował
się w moją aktualną sytuację. Podejście Do Chul’a idealnie oddaje moje
myślenie o przyszłości. Życzę jemu i sobie powodzenia, na pewno się
przyda, gdy bez gorsza przy duszy i bez dachu nad głową będziemy oglądać
kolejne wschody słońca. Chociaż nie, on ma lepiej. Nawet jeśli jego
dziewczyna jest cholernie obrażona, to nadal jest jego dziewczyną, która
ma własne mieszkanie, więc wystarczy przeprosić. No i jest jeszcze
przyjaciel, który choć nie potrafi zrozumieć jego zamiłowania do boksu,
to i tak skoczy za nim w ogień. Więc życzę sobie powodzenia, na pewno
się przyda.
Do Chul: I want to have my own career. Let’s do it together, okay?
Hong-Gi: How much do you have?
Do Chul: Is money necessary for that?
Hong-Gi: How much do you have?
Do Chul: Is money necessary for that?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz