18.10.2014

833. Może się wydawać, że w mojej głowie jesteśmy już trupami...

Może się wydawać, że w mojej głowie jesteśmy już trupami, albo jak powiedziałaby M., zwłokami, lecz moje rozmyślania są jak rozdział z książki. Smaruję razową kromkę chleba masłem i myślę o tym, że prawie nigdy nie byłyśmy zadowolone z tego, gdzie jesteśmy. Mimo to choć niechętnie, to sumiennie wykonywałyśmy swoje obowiązki. Starałyśmy się, może czasem bez energii, ale sto razy lepiej niż ci całkowicie ignorujący zasady życia w społeczeństwie. Podążałyśmy za wyznaczonymi zasadami, może jak niewolnice, może to był nasz błąd, ale wydaje mi się, że dzięki temu nauczyłyśmy się cierpliwie tkwić w sytuacjach, które innych już dawno wyprowadziłby z równowagi. Nabyłyśmy umiejętności, które pozwoliłyby nam przetrwać w każdej znienawidzonej pracy, ale potencjalni pracodawcy nigdy nie mogli się o tym dowiedzieć, bo niby jak. Rozmowy kwalifikacyjne miały być naszym najsłabszym punktem. Problemem było już udanie się na jakąkolwiek rozmową, co automatycznie przekreślało nasze szanse na lepszą przyszłość. Jako czteroosobowa grupa mogłyśmy zdziałać więcej niż samotnie, co nie zmieniało faktu, że każda z nas mimo surowej samooceny nadawała się do twórczych działań. Wierzyłyśmy, na pewno wierzyłyśmy choć odrobinę, że nie jesteśmy całkowicie beznadziejne. Jednak głęboko w nas tkwił, często nieuświadomiony, strach przed porażką. Nie chodziło jednak o strach przed utratą dachu nad głową czy strach przed kolejnym dniem z pustym żołądkiem. Był to strach, który mówił nam, że już przegrałyśmy, że nie warto walczyć o coś wartościowego, skoro przez lata wkładałyśmy wszystkie siły w walkę o rzeczy nie mające dla nas sensu. Ostatecznie przecież i tak zostałyśmy z niczym (zyskałyśmy tylko kolejne lata w metryce), więc uwierzyłyśmy w naszą bezużyteczność. Strach przed tym, iż wyjdzie na jaw, że nie potrafimy zdobyć tego, co kochamy. Latami grałyśmy tylko w grę o przetrwanie etapu, więc jak miałyśmy uwierzyć, że możemy sięgnąć po więcej. I może to był nasz największy błąd. Bo czy nie lepiej było zostać rannym, a nawet zginąć podczas walki o rzeczy nadające sens naszym oddechom, niż tkwić w oczekiwaniu, w „stanie przejściowym”, który miał się nigdy nie skończyć? Smaruję razową kromkę chleba masłem i myślę, że brakowało nam przewodnika, który wskazałby właściwą drogę, a potem usunął się na bok. Brakowało kogoś, kto uwierzyłby za nas w nas same. Jem śniadanie i myślę, że jeszcze troszeczkę i będę miej jeść, bo będę wolała głodować, niż wpychać w siebie coś, co sprawi, że zacznę przybierać na wadze. Piję wieczorem ulubioną czerwoną herbatę, zastanawiając się ile jeszcze kubków pozostało do ostatniego parzenia. Czekamy, choć tak naprawdę już przestałyśmy czekać. Mogę więc napisać, tak jakbym zaczynała jeden z rozdziałów książki: czekałyśmy, lecz pory roku mijały, chciałyśmy wierzyć, ale utraciłyśmy nadzieję, trwałyśmy w zawieszeniu, aż w pewnym momencie przestałyśmy nawet reagować na narzekanie naszych rodzin. Byłyśmy czwórką zwykłych dziewczyn, które połączyło wspólne przekonanie o brakach, których nadrobienie wydało się tak samo niemożliwe, jak dogonienie skromnych marzeń… Napisałabym, że nie chcę, aby ten rozdział w książce stał się rzeczywistością, ale właśnie to jest rzeczywistość, w której tkwimy. Jestem pierwsza do odstrzału. Z naszej czwórki jestem w najgorszej sytuacji materialnej. Gdy myślę o pieniądzach, przypomina mi się film „Pieta”. W jednej ze scen pada pytanie: Czym są pieniądze? Odpowiedź brzmi: Początkiem i końcem wszystkich rzeczy. Pieprzony świat. Pieniądze nie są potrzebne do szczęścia, a jednak bez pieniędzy nie istniejesz. Wracam więc do cieszenia się moją łącznością z internetem na linii ja – koreański świat. Niedługo pewnie i tego nie będę już miała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz