Może się wydawać, że w mojej głowie jesteśmy już trupami, albo jak
powiedziałaby M., zwłokami, lecz moje rozmyślania są jak rozdział z
książki. Smaruję razową kromkę chleba masłem i myślę o tym, że prawie
nigdy nie byłyśmy zadowolone z tego, gdzie jesteśmy. Mimo to choć
niechętnie, to sumiennie wykonywałyśmy swoje obowiązki. Starałyśmy się,
może czasem bez energii, ale sto razy lepiej niż ci całkowicie
ignorujący zasady życia w społeczeństwie. Podążałyśmy za wyznaczonymi
zasadami, może jak niewolnice, może to był nasz błąd, ale wydaje mi się,
że dzięki temu nauczyłyśmy się cierpliwie tkwić w sytuacjach, które
innych już dawno wyprowadziłby z równowagi. Nabyłyśmy umiejętności,
które pozwoliłyby nam przetrwać w każdej znienawidzonej pracy, ale
potencjalni pracodawcy nigdy nie mogli się o tym dowiedzieć, bo niby
jak. Rozmowy kwalifikacyjne miały być naszym najsłabszym punktem.
Problemem było już udanie się na jakąkolwiek rozmową, co automatycznie
przekreślało nasze szanse na lepszą przyszłość. Jako czteroosobowa grupa
mogłyśmy zdziałać więcej niż samotnie, co nie zmieniało faktu, że każda
z nas mimo surowej samooceny nadawała się do twórczych działań.
Wierzyłyśmy, na pewno wierzyłyśmy choć odrobinę, że nie jesteśmy
całkowicie beznadziejne. Jednak głęboko w nas tkwił, często
nieuświadomiony, strach przed porażką. Nie chodziło jednak o strach
przed utratą dachu nad głową czy strach przed kolejnym dniem z pustym
żołądkiem. Był to strach, który mówił nam, że już przegrałyśmy, że nie
warto walczyć o coś wartościowego, skoro przez lata wkładałyśmy
wszystkie siły w walkę o rzeczy nie mające dla nas sensu. Ostatecznie
przecież i tak zostałyśmy z niczym (zyskałyśmy tylko kolejne lata w
metryce), więc uwierzyłyśmy w naszą bezużyteczność. Strach przed tym, iż
wyjdzie na jaw, że nie potrafimy zdobyć tego, co kochamy. Latami
grałyśmy tylko w grę o przetrwanie etapu, więc jak miałyśmy uwierzyć, że
możemy sięgnąć po więcej. I może to był nasz największy błąd. Bo czy
nie lepiej było zostać rannym, a nawet zginąć podczas walki o rzeczy
nadające sens naszym oddechom, niż tkwić w oczekiwaniu, w „stanie
przejściowym”, który miał się nigdy nie skończyć? Smaruję razową kromkę
chleba masłem i myślę, że brakowało nam przewodnika, który wskazałby
właściwą drogę, a potem usunął się na bok. Brakowało kogoś, kto
uwierzyłby za nas w nas same. Jem śniadanie i myślę, że jeszcze
troszeczkę i będę miej jeść, bo będę wolała głodować, niż wpychać w
siebie coś, co sprawi, że zacznę przybierać na wadze. Piję wieczorem
ulubioną czerwoną herbatę, zastanawiając się ile jeszcze kubków
pozostało do ostatniego parzenia. Czekamy, choć tak naprawdę już
przestałyśmy czekać. Mogę więc napisać, tak jakbym zaczynała jeden z
rozdziałów książki: czekałyśmy, lecz pory roku mijały, chciałyśmy
wierzyć, ale utraciłyśmy nadzieję, trwałyśmy w zawieszeniu, aż w pewnym
momencie przestałyśmy nawet reagować na narzekanie naszych rodzin.
Byłyśmy czwórką zwykłych dziewczyn, które połączyło wspólne przekonanie o
brakach, których nadrobienie wydało się tak samo niemożliwe, jak
dogonienie skromnych marzeń… Napisałabym, że nie chcę, aby ten rozdział w
książce stał się rzeczywistością, ale właśnie to jest rzeczywistość, w
której tkwimy. Jestem pierwsza do odstrzału. Z naszej czwórki jestem w
najgorszej sytuacji materialnej. Gdy myślę o pieniądzach, przypomina mi
się film „Pieta”. W jednej ze scen pada pytanie: Czym są pieniądze? Odpowiedź brzmi: Początkiem i końcem wszystkich rzeczy.
Pieprzony świat. Pieniądze nie są potrzebne do szczęścia, a jednak bez
pieniędzy nie istniejesz. Wracam więc do cieszenia się moją łącznością z
internetem na linii ja – koreański świat. Niedługo pewnie i tego nie będę już miała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz