27.10.2014

835. Zmartwienia małe i duże.

Wywołałam z wilka z lasu. Chciałam, aby to się skończyło, a dolałam tylko oliwy do ognia, choć nigdy nie zrozumiem jak prośba wynikająca z bezradności, smutku i strachu mogła sprawić, że stało się coś tak nierealnego. Właśnie, nierealnego. Minęła doba, a ja nie mogę uwierzyć, że to działo się naprawdę, krzyki, łzy, latające przedmioty, wszystko jak we śnie. Myślałam, że ¾ naszej rodziny to dorosłe osoby, a jednak wszyscy jesteśmy tak samo zagubieni. Życie jednak toczyć się dalej, na razie w ciszy i wyparciu, z tym złym snem w tle, który po pewnym czasie zacznie blednąć.
Jednak oprócz tak żałosnego wstępu mam do opowiedzenia historię mojej małej „choroby”, która zaczęła się dzień wcześniej. W sobotnie przedpołudnie niespodziewanie zaczęła boleć mnie klatka piersiowa w okolicy serca, głównie przy głębokich oddechach, i nie przestała aż do późnego wieczora. Nie chciałam jechać do szpitala na izbę przyjęć, łudząc się, że ból ustąpi do rana. W nocy miałam jednak trudności z zaśnięciem, a gdy już udało mi się zmrużyć oczy, śniło mi się, że nieustannie przewijam posty na twitterze. Do tego czułam w ciele, że lada dzień zacznie mi się okres, więc na przemian było mi gorąco i zimno, plus ten cholerny ból w klatce piersiowej, więc miałam spore trudności ze znalezieniem wygodnej pozycji. Jedynym plusem było to, że gdzieś pomiędzy śnił mi się Hakyeon, wyraźny, piękny i niemal realny, czyli miałam jeden z tych snów, które jednocześnie kocham i nienawidzę. (Zawsze mi przykro, że to tylko sen.) Około piątej nad ranem w niedzielę postanowiłam udać się do toalety w celu opróżnienia pęcherza, choć przez jakiś czas, leżąc na łóżku, wmawiałam sobie, że wcale tego nie potrzebuję. Fizycznie czułam się okropnie, dlatego nie miałam ochoty się ruszać. Zwlekłam się jednak z łóżka, a potem obudziłam dopiero kilka kroków dalej, siedząc na podłodze przy drzwiach z mętlikiem w głowie. Chyba się trochę przestraszyłam. Przed otworzeniem oczu i rozeznaniem, w jakiej sytuacji się znajduję, miałam wrażenie, że jestem w jakieś przestrzeni, z której muszę się uwolnić, ale w ogóle nie wiedziałam gdzie dokładnie jestem, ani do czego mam wracać. Nie istniały dla mnie pojęcia, tylko ten stan w którym byłam, ciążył mi przed oczami, chyba nawet słyszałam gdzieś w oddali jak upadam. To było dziwne uczucie, tak siedzieć przed drzwiami w ciemnościach, choć tak całkiem ciemno nie było, bo widziałam wyraźnie meble. Zdezorientowana rozejrzałam się po pomieszczeniu, wstałam, włączyłam światło i patrząc na łóżko próbowałam sobie przypomnieć, co stało się od momentu wyjścia z łóżka, ale ten kawałek drogi nie istnieje w mojej pamięci. Zanim upadłam, musiała zrobić kilka kroków, ale nie jestem pewna jak to się stało. Cud, że nie rozbiłam sobie głowy, chociaż wiem, że w pewnym momencie musiałam przytrzymać się ściany. Wiem to, bo moje spocone palce pozostawiły na niej tłusty ślad, który widnieje tam do tej pory. Ogólnie to całe przeżycie było podobne do śmierci, choć przecież nie wiem jak to jest być w takim stanie, ale miałam wrażenie przez te kilkadziesiąt sekund/kilka minut (nie wiem, ile dokładnie trwał mój stan omdlenia), że jestem w piekle. Tak oto pierwszy raz w życiu zemdlałam tracąc przytomność. (Wcześniej zdarzały mi się omdlenia, ale zawsze wiedziałam co się ze mną dzieje.) Po dziewiątej rano brat zawiózł mnie do szpitalnej przychodni. Pani pielęgniarką zrobiła mi EKG. Lekarz przyjął w gabinecie i stwierdził, że zawał mi nie grozi. Moją dolegliwość powiązał ze zbliżającym się okresem, który zaczął się wkrótce potem tworząc jeszcze więcej bólu w całym ciele. Dostałam syrop, niby na nerwy, ale przecież nie byłam niczym specjalnie podenerwowana, nie mam tylko pracy, przyszłości i normalnej rodziny. Bardziej zdenerwowana i przejęta byłam podczas ostatniego roku studiów, choć chyba w sumie wtedy byłam w kolejnym depresyjnym stanie. Lekarz oznajmił, że moje ciśnienie jest wzorcowe, natomiast tętno niepokojące, więc mam robić pomiary )sprzętem, którego nie mam), aby stwierdzić jak to ma się w stosunku do całego miesiąca. Zasugerował, abym kupiła mały ciśnieniomierz na nadgarstek. Przytaknęłam, wiedząc, że nie stać na takie „zabawki”. Wydanie czternastu złotych na leki, które przyjęłam tylko raz, okazało się okropną stratą. Mimo wszystko lekarz był miły, sto razy lepszy niż niektórzy pracujący w Ośrodka Zdrowia w mojej miejscowości, do których musiałabym pójść w razie nieustającego bólu w klatce piersiowej. Tymczasem jest po dwudziestej trzeciej w poniedziałek i nic mi już nie dolega. To dziwne, ale mam wrażenie, że już podczas niedzielnej kłótni ból stał się jakby mniejszy. Aż chce się powiedzieć, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, ale nie wierzę, że nie ma w tym wszystkim żadnego haczyka.
Ciszę się, że po dwóch ciężkich nocach w końcu zasnę w spokoju. To znaczy mam taką nadzieję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz