Lipiec dobiega końca, a wraz z nim wszystkie moje nadzieje. Dopada mnie stres związany z przyszłością, a kiedy mówię sobie, że mam to gdzieś i niech dzieje się co chce, głoszę to jeszcze ze stabilnością związaną z wypłatą na koncie. Boże, co mam zrobić ze swoim życiem, przecież wiesz, że pytam Ciebie o to, od kiedy byłam nastolatką i ciągle nie potrafię znaleźć odpowiedzi, bo nie potrafię po prostu żyć. Wczoraj z rana byłam na mszy w nie parafialnym kościele. Wcześniej nie przyszło mi do głowy, aby półgodzinne oczekiwanie na godzinę otwarcia sklepu wypełnić poranną mszą, a przecież kościół znajduje się kilka kroków od miejsca mojej pracy. Prawdopodobnie poszłam tam popłakać, albo uzyskać jakieś pocieszenie, nawet jeśli miał być to jedynie psychologiczny mechanizm, jakby wtrącili “znawcy”. Uwielbiam ciche chłodne świątynie w środku gorącego głośnego miasta. Przekraczasz próg, poza którym nikt cię nie zna, a jednak wszyscy obecni połączeni są tym tajemniczym wspólnym celem, który sprawia, że są dziwnie bliscy. Patrzyłam na osoby klęczące przed Najświętszym Sakramentem i zastanawiałam się nad tym, co sprawia, że tak żarliwe trwają na modlitwie; czy to wdzięczność, czy ogromny ból sprowadza ich na kolana. Lubię przyglądać się ludziom i rozmyślać o tym, jakie kryją w sobie życie, a jednak jakikolwiek kontakt z obcymi sprawia, że mój umysł wypełnia pustka i nie myślę, nie myślę o niczym, jakbym była w transie, który objawia się paraliżem. Klienci proszą mnie o podanie czegoś, a ja słucham w skupieniu, i zanim wypowiedzą prośbę, modlę się w duchu, aby było to coś, czego nazwę znam. Jeśli mam braki w wiedzy, wołam szefową, ale to zawsze moment niezręczny. Nie potrafię liczyć w pamięci, nawet nie potrafię wydać reszty bez kalkulatora, tak stresuje mnie fakt, że muszę stać przez klientem i że niechcący mogę się pomylić. Umrę w sierpniu, gdy wsadzą mnie do drugiego sklepu samą. Widzę dużo plusów tej sytuacji, ale czy te plusy zrekompensują mi stres na poziomie gotowości do ucieczki? Prawdopodobnie nie. Za to mój mózg całkowcie się zresetuje, gdy jego działanie ograniczy się do przetrwania ośmiu godzin i nie panikowania na dźwięk otwieranych drzwi sklepu. Będę bawić się w walkę o przetrwanie, zamiast planować przyszłość. Niesamowite, jak bardzo czasem kurczy się mój świat i ogranicza się do życia tu i teraz, do życia od posiłku do posiłku, od wypicia herbaty do wyjścia do toalety, od świtu do zmierzchu, od tego, aby skończyło się to, co nie pozwala mi funkcjonować na wypuszczonym oddechu. Dotarło do mnie, że jeśli naprawdę zostanę samotną i samą panią urzędującą w małym sklepie, moje godziny pracy ulegną na chwilę zmianie, co jest niekorzystne. Myślę, że czas od 9 do 17 to najgorsza pora, bo pracujesz tracą możliwość odwiedzenia sklepów, które otwarte są w tych samych godzinach. Trudno, tydzień, czy dwa to niewiele. Wiem, już przeżywam, a jeszcze nie skończył się lipiec. Tymczasem w poniedziałek po urlopie wraca D. i już nastawiam się na równoczesny powrót narzekań i wiecznego niezadowolenia, że komputer nie działa z prędkością światła. Nigdy nie spotkałam tak marudzącej osoby z tak głupiego powodu. Nie wiem, może nie potrafię tego zrozumieć, bo całe życie korzystam z wolnych komputerów i jestem cierpliwa, gdy strona ładuje się dłużej, bo połączenie z internetem na chwilę słabnie. Czasem słyszę, że jestem cierpliwą osobą, co jest najprawdziwszą prawdą, aż sama się dziwię, że tak można. Gdybym nie była cierpliwa, zwariowałabym z powodu tych wszystkich odłożonych spotkań, na które czekam miesiącami, czy latami, ani nie zniosłabym w ciszy tych wszystkich ciężkich oczekiwań końca tego, co musiało się kiedyś skończyć. Poza tym ciągle na coś czekam (chciałabym dorzucić do tego wytrwałość w działaniu, ale u mnie coś takiego nie istnieje), więc jak mogłabym być niecierpliwa i chodzić codziennie z popsutym humorem. Wiecie, to coś nie dające mi spokoju od miesięcy nagle zniknęło. Nie wiem, jaką moc mają słowa dające wrażenie, że stara przyjaźń nie rdzewieje (tak, specjalnie użyłam słowa przyjaźń), ale jeśli to wrażenie sprawiło, że jest mi lżej, to mogę w nie uwierzyć. Ktoś przyszedł do sklepu i zapachniało w nim perfumami. Aromat dotarł do mnie z drugiego pomieszczenia. Są piękne i czasem chciałby się pobiec i zapytać o nazwę, aby wylać na siebie ten sam zapach, ale głupio pytać obcych o ich perfumy. Tak, jest sobota i piszę w pracy robiąc sobie co chwilę przerwę, aby nie zasnąć przed komputerem. Muszę więc nielegalnie trzymać się w napięciu - możliwość przyłapania na obijaniu się skutecznie rozbudza moje zaspane powieki. Wstałam wypoczęta, a jednak mój organizm wbrew mojej woli chce mnie przekonać, że mogłabym przespać też i dzień. W poniedziałek wróci D. i znowu stracę apetyt i będę rzadziej chodzić do toalety. W poniedziałek będzie dużo pracy, nadejdzie opóźnione o tydzień zamówienie i poza paczkami z weekendu będziemy musieli spakować i wysłać tych prawie pięćdziesiąt oczekujących. W poniedziałek ma być też upał, więc będziemy pracować w pocie czoła. Dlatego jutro spędzę całą niedzielę czytając książkę. Dawno nie spędziłam całego dnia na nic nie robieniu, więc możliwość izolacji od ludzi, jawi się jako coś pięknego Jestem już w domu, dobiega dwudziesta trzecia, muszę dokończyć ten wpis, aby go opublikować. Nie wiem, czym mogę się pocieszyć, chyba tylko sentymentem, choć i on może już nie istnieć. Uderza mnie, że ta historia powtarza się na nowo co roku i chyba naprawdę mam dość, aby być zawsze dziesiątym wyborem w letnie wieczory. Kiedy spytałam na głupim instagramie, o czym myśleli dzisiaj “moi podglądacze”, napisała do mnie tylko jedna osoba, z którą normalnie nie piszę. A i tak nie uzyskałam odpowiedzi na zadane pytanie. Dostałam informację, które powinna mnie ucieszyć, ale tak się nie stało. Przy wszystkich czuję się obco, wiecie, nie chcę już żadnych spotkań i nie chcę już na nic czekać, bo to jest bezsensu, więc zaprzestaję tych daremnych oczekiwań. Czyżby nagle po moim stwierdzeniu w ciągu dnia nagle okazuje się, że jestem osobą niecierpliwą? Może. Może ktoś kiedyś obudzi się i pomyśli, że och, jak miło byłoby mnie spotkać, bo przecież istnieję, ale nie moi drodzy, już nie istnieję, bo taki był wasz wybór i mam na to dowody w postaci braku odpowiedzi na moje wiadomości, w których wyraźnie było zaznaczone, że są to wiadomości wymagające odpowiedzi. Brzmię dzisiaj gorzko i dziecinnie i wcale nie jest mi z tego powodu głupio. Jesteście beznadziejni, ale nie martwcie się, przecież najgorszą osobą z tego naszego uroczego towarzystwa jestem ja sama, więc nie bądźcie źli, że oceniłam was tak niesprawiedliwie i surowo. Was i tak to nie obchodzi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz