“Kochani, jest bardzo wielu takich mężów, takich żon, takich rodziców, takich dzieci, takich księży, takich ludzi, którzy są kimś takim. Bardzo często cierpią, bardzo często są odrzuceni, bardzo często są przez świat zapomnieni, albo traktowani jak jakieś dziwadła, a oni rozdają miłość, a oni kochają. [...] Kochać ponad miarę. [...] Kiedy zaczynamy kochać tam, gdzie właśnie jesteśmy jak pelikan na pustyni, gdzie nikt tego nie chce, gdzie nie ma warunków i w ogóle jest po prostu jedna wielka porażka. Może właśnie jesteś w takiej sytuacji, gdzie zostawił cię mąż, albo zostawiła cię żona, nie kochają cię dzieci, albo masz fatalnych rodziców, albo odrzuciło cię twoje środowisko, jesteś wyrzutkiem niechcianym, jesteś donikąd. Bardzo lubię w ogóle to słowo i wiem, że bardzo często je powtarzam. To są ludzie donikąd, czyli ludzie bez perspektywy, ludzie, którzy nie wiedzą o co chodzi. W tym miejscu można zrobić dwie rzeczy, albo się rozgoryczyć, w sensie - napełnić się goryczą, nienawiścią do świata, poczuciem krzywdy, poczuciem przegranej, smutku, tragedii i po prostu robi się z życia wtedy piekło, i tak niestety część ludzi robi, albo można w tym miejscu zacząć kochać. I oczywiście kochani, to nie jest coś po ludzku możliwego, to nie jest coś, co po prostu można samemu z siebie wydobyć, nie, to jest niemożliwe, nie da się tego zrobić. Ale z Panem Jezusem, z pelikanem żyjącym na pustyni, da się to zrobić. Kochani, właśnie tacy ludzie, takie miejsca, taki sposób, bycia, życia, kochania, trwania w tym świecie, to jest jest chyba najpiękniejsza rzecz, bardzo trudna, niesamowicie trudna, ale ja mam ochotę przed takimi ludźmi klękać. Ja spotykam takich ludzi i widzę jak oni kochają, jest mi najzwyczajniej wstyd, ja tak nie umiem nawet w pięciu procentach, jestem wygodny, ja chcę być lubiany, ja chcę być oklaskiwany, ja chcę żeby było dla mnie szczęście, żebym czuł się świetnie w życiu, chce mieć wszystkie najlepsze rzeczy i bardzo trudno jest mi z czegoś zrezygnować. Ale inny jest obraz Pana Jezusa, inne jest jego wezwanie. Modlę się dzisiaj, żeby był chociaż trochę pelikanem, żebym się choć trochę rozdawał, żeby nie szukał siebie. Kochani potraktujcie tego vloga jako taki wstęp do modlitwy i żeby usiąść dzisiaj z tym obrazem pelikana na pustyni ,który chce nakarmić który chce się rozdać, który nie mówi szukam siebie szukam szczęścia dla mnie, szukam tego, co dla mnie wygodne, nie, który mówi nakarmię jak potrzeba nawet własnym ciałem. Tylko tyle, bo wiem, że każde następne słowo tylko spłyca, a i tak pewnie to wszystko spłaciłem. Popatrzcie dzisiaj na pelikan na pustyni, bo ja wiem, że bardzo wielu z was, moich słuchaczy, to są pelikany na pustyni. Nie bójcie się tego, to jest wielki zaszczyt bycie podobnym do Pana Jezusa. Tu nie chodzi, kochani, takie o cierpiętnictwo, celebrowanie tego takiego swojego opuszczenia. Jeśli tam jesteś - na tej pustyni - nie bądź rozgoryczony, rozczarowany, przygnębiony, zamknięty, zdołowany poniżony, jakikolwiek inny, tylko bądź jak pelikan na pustyni, który rozdaje życie. Co to by było za super miejsce, ten świat, gdybyśmy tak zaczęli myśleć i tak funkcjonować.” (o.A.Szustak)
Od kiedy usłyszałam tę wypowiedź, intensywnie o niej myślę, dlatego postanowiłam przepisać słowa ze słuchu i zacytować tutaj na wieczne przypomnienie. Jak wiecie, a może i nie, pelikan w sytuacji kryzysowej związanej z brakiem pożywienia, rozszarpuje swoją pierś dziobem i własną krwią karmi młode. Szczerze, nie wiem, czy jest to prawda biologiczna, czy tylko zapisana w legendach (nie, nie chce mi się przeszukiwać internetu w poszukiwaniu odpowiedzi), ale przyjmijmy, że tak się dzieje, w którymś z tych światów. Niezależnie od tego, czy o pelikanie pomyślimy w odniesieniu do osoby Jezusa, czy też pominiemy religijny wątek, nie da się ukryć, że na tak wielkie poświęcenie z naszej strony jest trudno, w sensie nie to, że mamy karmić własną krwią wampiry, ale poświęcać się dla innych. Tym bardziej, gdy jesteśmy w stanie wojny ze światem, napełnieni - jak to trafnie wyliczył o. Adam - goryczą, nienawiścią do świata, poczuciem krzywdy, poczuciem przegranej, smutku, czy tragedii. Mieliście tak, że z tej bezradności i przytłoczenia jedyne co mogliście zrobić to uczynić z własnego życia piekło? Bo jak cierpiąc przeciwstawić się temu wszystkiemu co dobija i powiedzieć sobie, a kij z tym, zrobię na odwrót, im będzie gorzej, tym bardziej będę starał się kochać mimo ran? No właśnie, po ludzku wydaje się to niemożliwe. Nie wiem, jak wielką trzeba byłoby posiadać moc, aby samodzielnie przeciwstawić się ciemności w taki sposób. Nie mówię, że od razu trzeba pomocy Jezusa. Czy ktoś w ogóle wierzy w tym kraju w Boga? Wiecie, czasem na dobry początek wystarczy czyjaś pomocna dłoń, która odciągnie nas od Złego, a czasem dziwny zbieg okoliczności, choć podobno nic nie dzieje się bez przyczyny, a czasem nie ma nic, tylko nasza słabość. Czemu o tym wszystkim piszę i czemu to naprawdę brzmi tak jakoś nijak? Nie wiem, może chcę udowodnić sobie, że kiedyś byłam na tej niewłaściwej drodze, a raczej byłam “człowiekiem donikąd” bardziej niż jestem teraz i naprawdę czasem mi trudno pojąć, że moja nienawiść do świata rozpłynęła się w powietrzu. Szczerze, myślę, że nie raz byłam na dobrej drodze, aby wpasować się w stereotyp zgorzkniałej starej panny, która ocenia wszystko z perspektywy swoich nieszczęść, zawodów i tragedii, nawet jeśli moje życiowe niepowodzenia nie były i nie są niczym wielkim. Nie będę ukrywać, że czasem nadal czuję się przegrana, choć sama nie wiem czemu, nawet nie potrafię określić co przegrałam, tzn. wydaje się, że życie, ale to zbyt ogólne stwierdzenie, nie można przegrać nigdy; dopóki oddychamy jest szansa, nawet z ostatnim tchnieniem nadal ta szansa istnieje, a tym bardziej dla kogoś takiego jak ja, kto mimo wszystko składa ze wstydem ręce do modlitwy. Nie, nie jest mi wstyd uczynić znak krzyża, ale wstyd mi, że nie staram się bardziej. Chciałabym być kimś, na kogo patrzą inni i myślą - tyle smutnych wydarzeń i niepowodzeń, ale popatrzcie na jej oczy, pełne radości i miłości. Niestety, daleko mi do takiej osoby, przecież nawet nie pozwalam inny na mnie patrzeć, a co dopiero mówić o miłości. Miłość, jak to wzniośle i pięknie brzmi i jak bardzo jest mi obce. Zbieram się, aby zapukać do czyichś drzwi, ale mam w sobie przekonanie, że nikt tego nie potrzebuje i nawet jeśli chciałabym dać z siebie wiele i wnieść coś pozytywnego w życie innych, mam obawy, że nawet proste “co u ciebie słychać, tęsknię, mam nadzieję, że dobrze jesz i sypiasz”, nie znaczy nic i nie wymaluje uśmiechu na niczyjej twarzy. Takie myślenie bierze się stąd, że nie potrafię wyjść poza siebie. Mój mózg skoncentrowany jest na tym, kim jestem i kim nie jestem, a kim powinnam być i czemu mi nie wychodzi bycie tym, kim chcę. Skoncentrowany jest też na tym, czego nie potrafię pokonać i przypomina mi o lękach. Najbardziej w tym wszystkim denerwuje mnie jednak to, że wiem, iż powinna odwrócić się od znanych twarzy i wyruszyć w świat do nieznajomych, bo o to w tym chodzi, aby być dla wszystkich, nie dla wybranych i co to za trudność, gdy pomagasz tym, których lubisz, kiedy możesz więcej - możesz być dla wszystkich tak samo dobry, bez wyróżniania. Ale czy ludzie potrafią to zrozumieć, że możesz być dla innych bez oczekiwania czegoś w zamian? Tak, ten wpis miał być poszukiwaniem odpowiedzi na wiele pytań, a wyszedł tylko zlepek przemyśleń bez konkretnego podsumowania. D. pyta mnie w pracy, czy mu o czymś opowiem, a ja nie mam nic do powiedzenia. Nie staram się, nie wiem, co powiedzieć, czyli nie jestem tam dla niego. Widzicie, jak mam być dla innych, jeśli nawet tego nie potrafię - wykrztusić z siebie kilku słów, aby zrobiło się komuś miło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz