6.07.2018

985.

Ten wpis miał pojawić się wcześniej, ale od kiedy moja anemia odeszła w niepamięć coraz gorzej znoszę miesiączki. Bywam fizycznie i psychicznie wyczerpana, aż nie wierzę, że znowu zaczęłam brać tabletki przeciwbólowe, po dwuletniej przerwie. W dodatku po mojej środowej wycieczce, o której chciałam napisać, dnia następnego przyjechali goście i wybyłam z nimi nad jezioro, a wieczorem straciłam wenę i siłę na pisanie. Obecnie kończy się piątek i aż nie wierzę, że zaraz mój urlop dobiegnie końca i tylko szkoda mi, że krwawiąc nie miałam możliwości wybrać się na rowerową wycieczkę w jedno miejsce. Jak znowu zacznę jeździć do pracy rowerem,  moje chęci jeżdżenia gdziekolwiek indziej znikną. Nie ważne. Teraz będzie o środowej jednodniowej wycieczce. Nie wiem, gdzie pierwszy raz ujrzałam kościół na wyspie otoczony wodą, to znaczy na pewno w internecie, więc w zeszłym roku stwierdziłam, że muszę tam pojechać, zwłaszcza, że znalazłam bezpośrednie połączenie z najbliższą stacją. Niestety będąc na bezrobociu było mi szkoda wydawać oszczędności na coś tak nieistotnego jak ujrzenie zabytkowej architektury. W tym roku ta myśl znowu do mnie powróciła, a że sytuacja, której się znalazłam, czyli urlop i nikogo obok, kto mógłby mnie odwiedzić, postanowiłam pojechać. Oczywiście mój zestresowany przyszłością umysł szeptał, że przecież nie powinnam wydać pieniędzy na takie przyjemności i oszczędzać na czym się tylko da, gdyby zima znowu okazała się ciężka do przetrwania, ale nie, pojechałam, bo przecież następne wakacje mogą już nigdy nie nadejść. Okazało się, że w tym roku nie uruchomili bezpośredniego połączenia z pobliskiej stacji, więc musiałam wyruszyć trochę dalej, ale że kocham być w drodze, gdy zostawiam wszystko za sobą, a jeszcze tyle dobrego przede mną, z entuzjazmem wyruszyłem wcześnie rano, a myśl, że znajdę się na peronie i wsiądę do pociągu (w sumie to był szynobus, ale nie ważne, ważne że tory), napełniła mnie radością. Gdybym mogła, podróżowałabym koleją regularnie. Nie wiem, czemu jeszcze nie zatrudniłam się w jakieś firmie przewozowej. Może dlatego, że wiąże się to ze szkoleniem/szkołą, za którą się płaci? Trzeba było iść do jakieś liceum specjalistycznego, czy gdzieś, przecież teraz nikt nie wpuści mnie do szkoły jako uczennicę, nawet jeśli nie wyróżniałabym się z tłumu. Nie ważne, to nie czas na rozmyślania o tym, że wiem jak rozegrałabym swoją przeszłość, gdy nie cofnę czasu. Do odjazdu miałam godzinę, więc usiadłam na ławce, czekając na otwarcie sklepu, do którego planowałam jeszcze zajść. Pech takiej osoby jak ja, czyli poruszającej się w pojedynkę, chciał, że usiadł obok mnie starszy mężczyzna, na oko przed pięćdziesiątką. Na początku pomyślałam, że zaraz padnie pytanie o pieniądze, ale nie, to nie był ten typ człowieka. Jestem osobą, która stara się być miła, i wprawiam samą siebie w zakłopotanie, a przecież wystarczyło powiedzieć, że to nie na miejscu, aby taki facet zalecał się do takie gówniary jak ja, albo wystarczyło wstać mówiąc “do widzenia”. Ale nie, to jestem ja, musiałam z dziesięć razy grzecznie odmówić, uświadamiając że nie pójdę z nim na kawę. Nawet nie musiałam kłamać, że nie piję kawy, bo nie piję na co dzień kawy. Jest tylko jedna osoba na świecie, z którą lubię pić kawę i szkoda, że nigdy już nie wypijemy jej razem. Pan podrywacz odpuścił, a ja pomyślałam, że powinnam założyć bluzkę z mniejszym dekoltem. Naprawdę męski mózg działa w każdym wieku podobnie, to bywa nie zniesienia, ale rozumiem, natury nie da się oszukać. Nie mam na celu obrażenia tutaj mężczyzn, po prostu ja jestem wynaturzeniem, mnie nic nie bawi ze świata damsko-męskich relacji, zależności i przeciwności. Jadąc do Zwierzyńca, bo tam znajdował się wspomniany, pan sprawdzający bilety uświadomił mnie, że mogłam kupić bilet do stacji końcowej, dzięki czemu zapłaciłabym mniej, jak się okazało o dwa złote, co w moim przypadku było nieistotne, bo jechałam tam pierwszy i najprawdopodobniej ostatni raz. Zabawne jest to, że w drodze powrotnej usłyszałam to samo od innego kontrolera i pomyślałam, że to naprawdę miłe, że dbają o kieszeń pasażerów. I może usłyszałabym to jeszcze od Pani kontrolerki, ale nie sprawdziła mojego biletu myśląc, że para plus chłopak siedzący obok mnie to moi współtowarzysze podróży, a im bilety sprawdziła już wcześniej. W ogóle była trochę roztargniona i nie wierzę że biegała po pociągu w butach na wysokim obcasie (ale nie szpilach), co było trochę zabawne. Spokojnie i bez problemu dojechałem do miejsca przeznaczenia, a dzięki temu, że wcześniej zapisałam sobie mapy, bez problemu dotarłam do wyznaczonych punktów. Zdziwiło mnie tylko, że google trochę kłamie, jeśli chodzi o podany czas pokonania pieszej drogi, albo może ja po prostu szybko chodzę. Wiecie, kościół na wodzie robi chyba większe wrażenie na zdjęciach, choć przyznaję, że usytuowany jest w uroczym miejscu i trochę zazdroszczę mieszkańcom, że mogą tak po prostu pójść tam na spacer. Jestem przekonana, że wszystko najpiękniej prezentuje się nocą, oświetlone z każdej strony, z migoczącą wodą, a wiem, bo widziałam na zdjęciach, nawet fontanna na środku jeziora jest kolorowo podświetlana. Niestety, w moim przypadku taki widok mogłabym ujrzeć zostając na noc, bo ostatni pociąg jest po 18, więc latem o tej porze słońce nadal świeci mocno. Chciałbym pojechać tam jeszcze zimą. To dopiero musi być piękny widok, a nocą podczas zimny to już szaleństwo, jeszcze o wschodzie, czy zachodzie słońca. Ach, jakie ja mam szalone marzenia, prawda? Poza kościołem, który wydaje się być tam główną atrakcją, jest mnóstwo innych rzeczy do zobaczenia, są ścieżki rowerowe, dydaktyczne i edukacyjne, szlaki w lesie do przejścia, są stawy i nawet plaża i kąpielisko, i muzeum i jeszcze inne rzeczy, których nie sprawdziłam. Poszłam, gdzie tylko mogła w przeciągu czterech godzin, które posiadałam. Nie mogłam wrócić ostatnim kursem, bo nikt nie odebrałby mnie z dworca, więc musiałam ustalić plan dnia tak, aby zdążyć na ostatniego busa pod dom, dlatego spędziłam tam niedużo czasu. Mimo to nogi bolały mnie niemiłosiernie i myślałam, że nie zasnę, ale wiem, że bolałby mnie mniej, gdyby nie bolało mnie wszystko przez okres. Nie żałuję, że pojechałam i że wybrałam trochę pechowy dzień, ale co poradzę na to, że ku memu zaskoczeniu mój organizm zaczął pracować regularnie co do dnia. Wysłałam trzy pocztówki, choć mogłabym wysłać dziesięć. Czemu tego nie zrobiłam? Nie wiem. Ale gdyby przyszło mi siedzieć i pisać do wszystkich, nie zrobiłabym tam nic innego poza siedzeniem i pisaniem. Widzicie, jak przychodzi co do czego, okazuje się, że mam całkiem sporo znajomych, ale takich, którym mogłabym tylko słać kartki, a nie takich, którzy realnie mogliby pojechać ze mną na wycieczkę, bo albo mieszkają za daleko, albo mają swoje oddzielne życie. Na tym skończę ten wpis, bo dochodzi już północ i po przedostatnim zdaniu można wyczuć, że mam ochotę uderzyć w pesymistyczny ton, ale tego nie zrobię. Położę się już spać, a przy następnej okazji wyleję z siebie coś, z czym nie mogę sobie poradzić. Albo i nie, bo nie potrafię ogarnąć moją myślą tego, czego nazwać nawet nie umiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz