12.07.2018

987.

O czym chciałabym napisać? O czym mogłabym napisać? Och, wiadomo, o życiu, jak zawsze o tym, przecież to nie daje mi spokoju, to że muszę żyć, a nie wiem jak, więc nie wiem, co robię z czasem. Czy to nie dziwne, że nie wiem jak żyć, a żyję? Czy to nie przypadłość większości ludzi - nie wiemy jak, a jednak trwamy, a niewiedza nie skraca naszego żywota, o ile sami go nie skrócimy. Jak dobrze, że Ktoś pozwolił nam błądzić, więc błądzę. Kupiłam kilka książek, jakby to powiedziała szefowa “po taniości” i aż nie wierzę w swoje szczęście. Od kilku lat moja lista książek do przeczytania utknęła w martwym punkcie, jako że mam skłonność do pożądania rzeczy trudno dostępnych, i tylko czekałam aż będę mieć pieniądze, albo szczęście i dostanę któryś egzemplarze w swoje ręce. Mimo to czytam niewiele. Próbuję przekonać mój organizm, że siedem godzin snu to wystarczająca ilość, ale moje powieki stają się ciężkie zaraz po tym, gdy umyję się, wskoczę w piżamę i zjem obiadokolację. (Gdyby miała znajomych, którzy mogliby odwiedzić mnie w każdej chwili, nigdy tak wcześnie nie zmieniałabym się w najbrzydszą wersję siebie, a wyobraźcie sobie, że osiemnaście lat tkwię w schemacie szybkiego pozbywania się dnia trwającego i chowania w pokoju.) Gdy zaczynam czytać, moje powieki stają się potwornie ciężkie, więc nie mogę zasiąść do czytania będąc zmęczoną. Mój grafik dłuższe czytanie przewiduje tylko w niedziele, ale w najbliższą nie będę mieć czasu, bo przyjedzie trochę gości, gdyż mój najmłodszy brat skończy 18 lat i choć nie stać nas na typową imprezę, które teraz tak hucznie wyprawia młodzież, to zasługuje chociaż na świętowanie domowe. Może nie uwierzycie, ale to nie jest coś, o czym chciałam tutaj dzisiaj napisać, a jednak piszę, bo akurat mi się przypomniało, że te urodziny i książki i że moja miłość do pana Grzegorza Musiała jest nieskończona i jestem przekonana, że moja skromna osoba jako jedyna w całym internecie poświęca mu jak najwięcej uwagi. Pan Musiał jest obecnie starszym mężczyzną (naprawdę nie chcę pisać, że starym, choć 66 lat to długi czas na Ziemi) i czasem zastanawiam się, jak z perspektywy czasu ocenia swoje książki. Tak, piszę tutaj za często, więc od razu widać, że coś nie daje mi spokoju, tak bardzo, że nawet nie stać mnie na oddzielnie tekstu akapitami. Dzisiaj moja siostra cioteczna (ta - u której w roku nie pamiętam którym, ale byłam jeszcze studentką - miałam zostać świadkową, ale mój stan psychiczny rozwalił wszystko i myślałam, że już nigdy nie wybaczy mi czegoś takiego; może dlatego od tamtej pory już nikt nigdy nie poprosił mnie o to, abym odegrała ważną rolę i z tego smutku postanowiłam usunąć się w cień) oznaczyła mnie na instagramie w poście z występem chińskiej grupy tanecznej, który osobiście nagrała. Oczywiście nadal utrzymujemy ze sobą kontakt, nawet ostatnio zabrała mnie ze swoją córeczką nad jezioro i kupiła mi lody i chyba nie ma żalu, przecież minęło już kilka lat, kto pamiętałby moje wycofanie się na ostatnią chwilę, bo miałam okropny atak paniki, albo nie wiem co to było, chyba znowu coś pękło mi w mózgu, albo sam mózg przełamał się na pół i usilnie próbuję go skleić od lat. Właściwie to jedna z tych sióstr ciotecznych, z którą spędziłam dużą część dzieciństwa i nawet obiecałam jej powiedzieć, kiedy kogoś pierwszy raz pocałuję i zgadnijcie, czemu nie powiedziałam jej tego nigdy. Sam fakt, że pomyślała o mnie będąc na festiwalu i jeszcze oznaczyła w poście pisząc “dla Ciebie” sprawił, że rozpłakałam się jak dziecko. (Zbiera mi się na płacz zbyt często, bo to coś, o czym nie chcę tutaj napisać nagle zbyt często wkrada się w moje myśli.) Ktoś o mnie pomyślał w świetle dnia, tak po prostu, bo skojarzył mnie z Azją (i bardzo dobrze), a tym bardziej ktoś, kto właściwie nie musiał myśleć o mnie. Wiecie, czasem, gdy spotykam się z moimi bliźniaczkami i słyszę “K., myślałam o tobie ostatnio” uderza mnie coś nieokreślonego, bo jak to, ludzie o mnie myślą, ale o co o mnie myślą. A potem dociera do mnie, że tak, to prawda, ludzie o sobie myślą. Nawet nie wiecie, jak wiele osób codziennie wpada do moich myśli, a nie mam odwagi im tego powiedzieć. Może zrobiłoby im się trochę miło, gdyby wiedzieli, że wspominam ich z czułością, choć mam serce z lodu, jak myślicie? Nie wiem. W poniedziałek D. idzie na urlop, na dwa tygodnie, i choć obawiam się, że w pracy zapanuje całkowity chaos, który na co dzień on ogarnia, i będę przełykać gorzko niepowodzenia (ostatnio źle nakleiłam etykiety na przesyłki, dwa razy(!!!), i nie mam pojęcia, jak to zrobiłam, nawet mi samej nie mieści się to w głowie, może ktoś wcześniej źle nakleił kartki, które zamienia się potem na nalepki, ale nie, tylko ja jestem winna), to po tygodniu wspólnej pracy cieszę się, że odetchnę od jego towarzystwa. I to nie tak, że mnie wybitnie męczy. Po prostu denerwuje mnie, że lubię go i nie lubię zarazem, a właściwie nie jestem w stanie zaakceptować jego pewnych spostrzeżeń i zachowań, bo to utrudnia mi pracę, ale nie, to nie czas na takie rozważania. Poza tym już o tym pisałam i nie będę się powtarzać, ani dokładać więcej. Wiecie co mnie męczy - czyjaś cisza, dla której nie znajduję wyjaśnienia. Naprawdę chciałabym wiedzieć czemu, niż pozostać na wieki zawieszoną z głupimi teoriami, między oczekiwaniem a żałobą. Czy mogę mieć jeszcze nadzieję, czy mogę zacząć już opłakiwać twoje odejście? Boże, czemu spotkaliśmy się tyle lat temu i czemu przez te wszystkie lata ułożyło się to w taki dziwny sposób, i czemu to nie daje mi spokoju, nigdy, te niedomówienia, krótkie spotkania i piękne długie wiadomości, które wydają się jakby nigdy nie napisane przez nas, bo dorośliśmy; czemu to sprawia, że jestem najbardziej irracjonalną wersją siebie, czego od ciebie chcę,jeśli nie chcę rozstać się z tymi nieprawdziwymi wyobrażeniami. Nawet nie mogę porozmawiać już o tym z E. (z którą pisałam przez trzy lata CODZIENNIE, co brzmi nieranienie, a jednak tak było), bo i ona wybrała realne życie i zniknęła i pozostała cisza, w której zamykam się coraz bardziej, choć chciałabym zwrócić się ku realnemu życiu, ale nie potrafię. Czemu to takie trudne, pytam głupio, choć znam odpowiedź. I aż chciałabym na koniec zakrzyknąć "pomocy", ale nie, ktoś powinien mną potrząsnąć. Zawsze wydawało mi się, że tylko terapia szokowa może coś we mnie zmienić, ale nikt nie chce skopać mi tyłka, abym zapamiętała, że trzeba być twardym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz