17.07.2018

989.


Wiem, to szaleństwo, że znowu tu piszę, ale jak przyjemnie szaleć latem, choć u mnie w dość nietypowy sposób.
Za każdym razem zapominam wspomnieć o tym, że moje włosy zaczęły wypadać garściami. Nie wiem, czy mam zacząć się martwić, czy jeszcze nie, ale pomyślałam, że wspomnę o tym zjawisku tutaj, aby po kilku miesiącach cofnąć się wstecz i porównać mój stan na głowie. Tak, to oddzielny akapit na cześć moich “złotych loków”.
Jak dobrze wiecie, rzadko widuję znajomych, do czasu, gdy nadciąga jakaś dziwna fala i wszystko zwala się na raz, w jednym dniu. Wspominałam o tym, że miała przyjechać do nas rodzina i przyjechała. Pół dnia byłam najlepszą ciocią na świecie, a drugie pół fanką piłki nożnej. Całą niedzielę miałam wypełnioną ludźmi. W międzyczasie zadzwonił też do mnie telefon, to była ona, moja przyjaciółka, ostatni raz widziałyśmy się przelotnie, pisałam o tym. Wyszła na spacer z synkiem (w wózku), więc spacerowaliśmy rozmawiając o wszystkim i o niczym i znowu uderzyło mnie, w jak bardzo innych światach żyjemy, a jednak nadal potrafimy pasjonująco rozmawiać o życiu, i nigdy nie możemy się rozstać, gdy tak stoimy, zawsze w tym samym miejscu naszego pożegnania - przy bramie wjazdowej na teren, gdzie znajduje się blok, w którym mieszkam. Ciągle wpadają nam do głowy rzeczy, którymi jeszcze mogłybyśmy podzielić się ze sobą, a ja nagle staję taka mała i coś pęka, bo wypływa ze mnie wszystko, o czym milczałam. Dobrze jest mieć kogoś, komu możesz na głos opowiedzieć pewne historie. Mimo to nadal dziwnie słuchać własnego głosu. Mam wtedy wrażenie, że to o czym dyskutuję ze sobą w myślach, wypowiedziane na głos nagle staje się nieważne. Może tak spada kamień z serca. Opowiadasz o czymś, co dręczy, a potem okazuje się, że to nie wygląda tak źle, gdy dostrzegasz inną perspektywę i że to śmieszne przejmować się takimi rzeczami i że wyobraźnia robi jeden wielki syf w głowie. Spotkania z kimś tak bliskim mają też swoją negatywną stronę. Uświadamiają mi jak wiele jeszcze muszę przejść, aby wygrać z samą sobą. Wiecie, zawsze słyszę, że mam niską samoocenę, czemu zaprzeczyłabym dawniej, ale teraz mówię “tak, to prawda”, a w myślach przewijam te wszystkie sytuacje, które ją podkopały, oraz momenty, które wyprowadziły mnie z jeszcze niższej samooceny. Nikt nie wie, jak trudno jest walczyć z samą sobą i ciągle szukać prawdy spoglądając na zakłamany świat. Nie, nie mam do siebie siły. Ale podczas naszego uroczego spaceru, na którym mały miał zasnąć, ale uporczywie starał się zwrócić uwagę mamy, aby wzięła go na ręce, uderzyła mnie jedna rzecz. Nasze rozmowy zawsze sięgają przeszłości i osób które należały do grona moich bliskich znajomych, nie jej, a pewnie pamięta, bo widziała, jak bardzo te osoby wryły się w moje życie i jak było to ważne i nie sposób zaprzeczyć, że tak nie było i czasem przeraża mnie, że ona wie o mnie coś, o czym sama nie chcę pamiętać. Ona widziała to w moich oczach - prawdę. To dziwne, że zadzwoniła akurat teraz, nie wcześniej, nie później, a gdy spytała o tę jedną konkretną osobę, jakby moje życie już na zawsze miało się z nią łączyć, to stwierdziłam, że to przesada i tak nie może być i czas przeciąć tę czerwoną wstążkę, która łączy mnie z tamtą osobą. Chyba to spotkanie uświadomiło mi, że żyję mnóstwem wyobrażeń, które nie mają wielkiego odzwierciedlenia w rzeczywistości i warto zacząć się z tego wygrzebywać, jeśli chcę zachować resztki godności. O ironio, niedługo potem ta osoba, o którą zapytała, odezwała się do mnie. I to chyba już tak pozostanie, czekasz na coś okropnie długo, aż to przychodzi i myślisz, och, więc to tyle i już, po co były te wszystkie ciężkie noce, bez sensu, znowu czuję smutną pustkę.
Dwa dni w pracy bez D. wydają się niezwykle męczące, ale zarazem spokojne, mimo podwójnej ilości zajęć. Praca z kobietami w tym przypadku jest przyjemniejsza, choć stresuje mnie, gdy przychodzi córka z wnuczką (bo tak się składa, że przybyły na urlop z drugiego końca Polski, więc skoro D. ma urlop, to szefowa nie może mieć urlopu, tak, to skomplikowane, same urlopy), a mi nieswojo w obecności obcych dzieci i ich matek, które wydają się obserwować każde odniesienie względem ich dzieci. Nie będę spokojna, dopóki nie minął najbliższe dwa tygodnie i nie dostanę potwierdzenia, że wszystkie paczki zostały poprawnie zaadresowane, a klienci byli zadowoleni. W zaistniałej sytuacji osłabionej kadry zaczęłam nosić przy sobie telefon, czego nigdy nie robię i tak pierwszego dnia wypadł mi z kieszeni spodni wprost do wiadra z brudną wodą po mopie, i to nic, że brudna, tragedia, że morka. Już myślałam, że to oznacza zapowiedź życia bez telefonu, ale jedyny uszczerbek to taki, że ekran nie chce się sam wygasić i muszę naciskać przycisk.
Co mogę jeszcze napisać? Dawno nie pisałam o tym, że mój ojciec umiera i że cała rodzina już wie i wszyscy bezskutecznie próbują namówić go na badania (nawet załatwili mu już lekarza), choćby potwierdzające pierwszą diagnozę. Co robi mój ojciec? Łyka po kilka tabletek przeciwbólowych dziennie (a przecież u lekarza dostałby coś silnego na receptę, nikt nie każe mu kłaść się od razu pod nóż, tego bez zgody pacjenta nie robię) i zadowolony chodzi do pracy, bo praca daje mu mieszkanie i niezależność, a bez mieszkania, gdzie by się podział - chyba u babci, czyli swojej matki, która od roku mieszka sama, choć i to nieprawda, bo po diagnozie spałby po prostu w szpitalnym łóżku szpitalu. Już chyba wiem, po kim jestem tak uparta. A może to strach przed diagnozą, strach przed tym, że można umierać naprawdę, a tak, ciągłe zaprzeczanie i próba oszukania rzeczywistości. Tak, to też mam po ojcu. Wspaniale.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz