22.12.2019
1063.
Minęły prawie dwa tygodnie, a moim ulubionym niezmiennym tematem jest moja twarz. Czasem myślę, że jestem ponad tym, ale jest mi właściwie przykro codziennie, tym bardziej, jeśli uświadamiam sobie ile pieniędzy wydałam w ciągu tego roku na ratowanie mojej cery i jak marne efekty to przyniosło. Za tę kwotę mogłabym teraz udać się na jakiś profesjonalny zabieg do kliniki - a nie do zwykłej kosmetyczki - ale przecież nie mam tych pieniędzy. Czasem moje myślenie jest bardzo nieracjonalne, mówię sobie, że dopóki moja cera nie spełni moich oczekiwań wycofuję się z życia. Ale to nieprawda, i bez tego jestem wycofana. Co chwilę próbuję wrócić, ale to trudne. Trudno jest istnieć, gdy głowę zaprzątają same zmartwienia, błahe, ale i te przerażająco realne. Czasem w ogóle nie myślę, nie analizuję, nic, tylko tak z dnia na dzień, jeśli jestem zmęczona fizycznie i psychicznie. Naprawdę trudno pogodzić mi się z faktem, że straciłam twarz. Stres sprawił i sprawia, że mam rany, które pewnie nie zniknął, a to świadczy o tym, że ten rok był za ciężki. Rok zaraz się skończy, ale stare nawyki nie zniknął. Czy stworzę w końcu choć jedyny pozytywny wpis w tym roku, pytam siebie, mam jeszcze kilka dni, ale nie wiem, nawet tego wpisu nie chce mi się kończyć.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz