28.12.2019

1064.

O  czym myślę? Czy jeszcze myślę? Przyzwyczaiłam się do tego, w czym tkwię tyle lat, że każda próba oczyszczenia wydaje się próbą na pokaz. Pokaz ode mnie dla mnie, bo realne życie mnie kiedyś przygniotło, za dużo przykrych emocji, więc wolę żyć, jakby nigdy nic się nie stało. Może moja cera nie wygląda tak jak wygląda, może nigdy nic mi się nie stało. Może mój ojciec nigdy nas nie zostawił i byłam najszczęśliwszym dzieckiem na świecie a wraz ze wsparciem rodziny wyrosłam na mądrą, pewną siebie kobietę, która zbuduje z kimś zdrową relację, przyjacielską czy narzeczeńską, bez różnicy. Może nie widzieliśmy się ostatni raz  tak dawno, może jeszcze wczoraj ktoś machał mi na pożegnanie. To nie tak, że myślę o tym wszystkim codziennie i obsesyjnie, ale łapię się na tym, że nie potrafię żyć właśnie przez te wszystkie przykre rzeczy, które mi się przytrafiły. One zawsze ze mną są, nawet jeśli o nich nie myślę, są w moich ruchach, zachowaniu, postawie mojego ciała, spojrzeniu oczu, moim głosie. Dni płyną do przodu nie wiadomo po co. Dzisiaj przybył do nas ksiądz po kolędzie. Nikt już nie pyta o mojego przyszłego męża, nikt, ale ksiądz musi zrobić aluzję. Potem przez cały dzień zastanawiam się, dlaczego nie czuję tego co kilka miliardów ludzi. Wyobrażam sobie siebie w tych wszystkich naturalnych sytuacjach, przez które musiałbym przejść będą w związku i widzę tylko ciąg niekończących się ataków paniki, załamań, przykrych sprzeczek i bezsensownego tłumaczenia, czemu wszystko sprawia mi trudność. A potem, jak kilkanaście minut temu, zaczynam płakać, bo nie wiem, co mam zrobić. Czasem chciałabym, żeby ktoś mnie odczarował, pokazał, że można żyć inaczej, ale nie ma tu nikogo. Mój jedyny sposób na zatrzymanie tego bólu to odrzucenie wszystkiego. Udawanie, że mnie już nie ma. Czasem słucham jakiś konferencji, ludzi mądrzejszych, bardziej doświadczonych, widzę, że można inaczej, ale jednak nie można. Nie rozumiem tego. Czemu moje życie to ratowanie siebie, ale nigdy nie ocalenie? A gdy mówię sobie “niech się dzieje co chce”, to nie dzieje się zupełnie nic. Tylko ja i moje bezsensowne codziennie zmaganie się z tym kim jestem, z tym co czuję i z tym czego nie czuję. Nie dziwię się, że tak bardzo uczepiłam się naszej historii. To jedyna rzecz, która przypomina mi o czymś realnym, a potem łapię się za głowę, bo wiem, że realność dawno wygasła i noszę w sobie obraz czegoś, co już nie istnieje. Próbuję usilnie się tego pozbyć. Nie chcę chorować tak zawsze. Niech to zniknie. Nic nie sprawi, że życie magicznie naprawi się z dnia na dzień i nie oczekuję tego, ale nie potrafię nawet stworzyć naprawczego planu działania, w mojej głowie taki nie istnieje, nie potrafię sama do tego dojść. A zegar tyka, codziennie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz