Dochodzi dwudziesta druga, za pięć minut, za chwilę, powinnam leżeć w łóżku i układać się do snu, ale dzisiaj pełnia. Stałam godzinę przed lustrem i niszczyłam twarz, z przerwami na prasowanie i pakowaniem się na jutro. W międzyczasie słuchałam świadectwa i znowu dotarło do mnie, że nie robię nic, aby się zmienić. Jak to możliwe, że chcę być kimś innym, jeśli moje starania są niewielkie. Wielkie plany w głowie, bardzo rozczarowująca rzeczywistość. Niezależnie z kim o tym wszystkim rozmawiam, moje poczucie winy staje się coraz większe. Ludzie uświadamiają mi tylko, jakie błędy popełniam, ale nikt realnie mi nie chce pomóc, nikt nie rzuci dla mnie wszystkiego, nie weźmie za rękę i nie przeprowadzi przez ciemność. Nie mam do nikogo żalu. Nawet nie mam wobec nikogo takich oczekiwań. Ale mam takie oczekiwania wobec Pana mego, który wyprowadzi mnie z tej niewoli. Muszę tylko odwrócić wzrok od tych wszystkich rzeczy, które przeszkadzają mi wyrwać się z tego niekończącego się cyklu nieszczęść. Nawet jeśli oznacza to zerwanie wszystkich znajomości, chcę być gotowa na największe poświęcanie. Tymczasem nadal nie jestem. Miotam się między dziesięcioletnią historią, umieraniem ojca, wbijaniem paznokci w twarz i unieszczęśliwiającą pracą. Brakuje mi sił.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz