Dzisiaj też mi się nie udało, ale to nic, jutro będzie lepiej, jutro zacznie się nowy tydzień, moja twarz zacznie się goić. Dzisiaj był chyba ciężki dzień. Poszłam na mszę, bo nie widzę powodu, dla którego miałabym nie pójść, jeśli nie ma tutaj stwierdzonego przypadku, a później może być coraz gorzej. Właściwie pojechałam rowerem. Słońce świeci tak zachęcająco, choć akurat nie miałam wyjścia, jeśli chciałam zdążyć. Moja mama była na pierwszej mszy, było dwadzieścia kilka osób. Na następnej pojawiłam się tylko ja. To było zbyt wiele dla mojego introwertycznego usposobienia. Stałam w przedsionku, gdzie nikt mnie nie widział i płakałam całe pół godziny, czyli całą mszę, bo nie miałam odwagi stać sama przed ołtarzem, a pojawianie się na mszy bez przyjęcia Eucharystii nie miało dla mnie sensu, zwłaszcza, że moim jedynym powodem nie przystąpienia do Komunii była moja fobia. Wróciłam do domu zawiedziona. Nie dotknęłam jednak twarzy. Pojechałam z bratem na wieczorną mszę. Tutaj było ponad kilkanaście osób. Wróciłam do domu szczęśliwsza. Nie wiem. Moim jedynym powodem dłubania przy twarzy był sam fakt, że jestem przed okresem i mam okropny wysyp. Jak nigdy w życiu. Chyba nigdy nie wygram ze swoją twarzą. Jak dobrze, że mogę siedzieć w domu i czekać na lepsze dni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz