23.02.2025

1169.

Wczoraj miałam w głowie cały ten wpis, a teraz, tradycyjnie, usiadłam do pisania i nie wiem, czuję, że mogłabym nie napisać nic, bo ostatecznie, jak zawsze, nie opuszcza mnie wrażenie, że moje słowa nic nie znaczą. Staram się nie myśleć o niczym ważnym czy trudnym, tak po prostu, a potem nastaje weekend i jesteś Ty, kimkolwiek jesteś, bo wiem, że każde z nas coś przed sobą ukrywa. Gryzę się ciągle w język, aby nie powiedzieć za dużo, aby nie namieszać nikomu w życiu, aby nikt nie musiał dźwigać moich ciężarów i mierzyć się z bałaganem w mojej głowie. Są takie myśli, których nie można zapisać nawet tutaj. Jest taka rzeczywistość, o której mówienie słowami wydaje się niewłaściwe. Napisałabym, że nie wiem kim jestem, ale dzisiaj wiem, dzisiaj jest bólem i zmęczeniem tkwiącym w powiekach. Miotam się z kąta w kąt, myśląc o tym, że może powinnam siedzieć w domu do końca bieżącego roku (a może i życia), dla dobra wszystkich. Te cięższe dni najchętniej bym przespała, ale co zrobiłabym w bezsenną ciemną noc? Staram się wytrwać do określonej godziny i myślę o zwykłym, prostym życiu, którego nigdy nie miałam i mieć nie będę, ale może przestanę płakać ze zmęczenia bólem i przez hałasujących sąsiadów. Tymczasem jest jak jest i może to jest po coś, a może chciałam wierzyć, że to po coś, ale chyba już nie wierzę. Za trochę ponad miesiąc siostra cioteczna będzie rodzić. Pamiętam, gdy w dożynkową ciepłą noc siedziałam z nią na stadionie leśnym i wtedy zdradziła mi z niepokojem, że nie wie, jak to się potoczy. Teraz patrzę na jej okrągły brzuch i tę radość, choć okupioną cierpieniem, bo ciało po przebytej chorobie nowotworowej i z uszkodzonymi nerwami, na które uciska dziecko, odmawia posłuszeństwa. Mimo to wiem, że warto. Warto jeszcze żyć; choć gdy mały się urodzi, ktoś w tej rodzinie będzie musiał umrzeć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz