28.02.2025

1171.

Uchylam lekko okno i czuję jak chłodne powietrze dociera do moich nozdrzy. Biorę głęboki wdech i myślę o tym, że zamorduję ich a potem siebie. Słucham piosenek o miłości w każdym języku i nie czuję nic. Chciałam porozmawiać z kimś o czymś, więc siedzę i czekam, aż zrobię się senna i mi przejdzie. Myślałam, że już nigdy nie wrócę do dawnej siebie, ale oto jestem, patrzę na swoją pogarszającą się cerę, na obolałą twarz, na wszystko, co nigdy się nie wydarzyło, choć musiało, abym była normalna. Spacerowałam dzisiaj z siostrą cioteczną przez szarą, smutną wieś, gdy mój brat uczył jej córkę matematyki. Pustka, nie licząc szczekających psów, które wybiegają zza otwartych bram, gdy te powinny być zamknięte. Obgadałyśmy wszystkich, których się dało, a na koniec wniosek był ten sam - dobrze, że mój świętej pamięci ojciec nie zrobił sobie dziecka na boku. Moim największym, albo jednym z wielu, koszmarem była kiedyś myśl, że wpadnę przypadkiem na syna jego nowej partnerki i się w  nim zakocham. Na samą myśl przebiegają mnie ciarki. Jak dobrze, że to wszystko już przeszłość. Jak dobrze, że ludzie nie żyją wiecznie i wraz z ich odejściem odchodzi też ich życie. Boże, całe życie chciałam być kimś innym, lepszym, dla siebie i innych, a szarpię się z tyloma rzeczami, gdy otwierają się przede mną drzwi zwane ziemskim życiem i próbuję nikogo nie skrzywdzić, a chcę skrzywić każdego swoją obecnością i całym bałaganem, który noszę w głowie. Jeden udar to za mało, abym coś zrozumiała, cokolwiek, dlaczego nikt nie może mnie… i czemu nikt nigdy nie próbował… czemu to wszystko zawsze wydawało się przerażające, a nie piękne jak powinno być? Oszaleję, niech tylko wybije pięć okrągłych lat i to będzie koniec. Kiedyś musi nastąpić koniec.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz