24.05.2013

748. Pisanie o rzeczywistości wyczyszczonej z głębszych uczuć wydaje się bezpieczniejsze...

Pisanie o rzeczywistości wyczyszczonej z głębszych uczuć wydaje się bezpieczniejsze, odkąd grono patrzących się powiększyło. Chciałabym tylko, aby każdy zapamiętał jedno – nieznajomość przyczyn moich słów i zapatrywania się na dane sytuacje z góry zakłada wasze błędne oceny. Oczywiście nikomu tego nie zabraniam, bo pamiętnik jako źródło wiedzy wymaga interpretacji, ale żeby dojść do prawdy należy dojść do przyczyny ostatecznej. Popatrzcie. Wymieniam osoby, a każda z nich może być wami jak i nie wami. Skaczę po tematach; mieszam wątki, które zlewam w całość. Nie wprowadzam celowo w błąd; moje poznanie jest po prostu szersze niż wasze, bo moje życie najszerzej rozumiane jest przeze mnie. Pisząc o czymś, automatycznie robię powiązanie w umyśle do innej rzeczy, o której już nie wspominam. Bo nie zamierzam zaczynać od etymologii słów; wyjaśniać, naprowadzać, by każdy zrozumiał, gdzie leży źródło moich myśli. Możecie odbierać tekst tak, jak chcecie, ale pamiętajcie, moja żadna notka nigdy nie miała na celu nikomu sprawić przykrości. Jeśli się tak stało, to wina waszej interpretacji lub mojego niejasnego ujęcia sprawy. Jednak musicie zrozumieć, że uwolnienie się od niepożądanych uczuć jest potrzebne każdemu człowiekowi, dlatego czasem chcę napisać o tym, co i mi nie ułatwia oddychania; zwłaszcza, że tylko tutaj jeszcze potrafię mówić.
W rzeczywistości udaję głupią, jakbym nie słyszała słów skierowanych pod moim adresem. To jak wiedzieć, że ktoś się w tobie zakochał (lub jakkolwiek inaczej określimy to uczucie) i zgrywać ślepą na zaloty. Co zresztą zdarzało mi się naprawdę i aż boję się, że czeka mnie kolejna taka sytuacja. („Nie podoba mi się, że jesteś smutna” – A kto powiedział, że jestem?! Mój profil na facebooku? Ratunku!) Nie chcę dawać ludziom żadnej nadziei. Nie mogę przyjaźnić się z każdym. Moja psychika jest do tego niezdolna. Czemu nigdy tego nie widać? A potem, gdy „adorator” znika za rogiem, wypuszczam z siebie całe powietrze. Tak bardzo chcę kojącej samotności. Byłoby łatwiej, gdyby ludzie się nie przywiązywali. Bo jeśli ja nauczam się odwiązywać, to nie ma rzeczy niemożliwych dla ludzkości.
Wstęp miał być krótki, a tymczasem wyszło po staremu. Jestem w tym beznadziejna. Anyway, chciałam napisać o zębach. Bardzo bezpieczny temat, prawda? Niemal jak pogoda.
Dziesięć dni temu, gdy byłam w drodze na środowe zajęcia, ukruszyła mi się plomba w górnej siódemce, co wybadał mój język. Niekorzystna sytuacja. (Czemu nie stało się to, gdy byłam jeszcze w domu?) To tak, jakby samochód popsuł się w szczerym polu. Wydałam pięć złotych na doładowanie, aby zadzwonić i poprosić mamę o umówienie mnie na wizytę. Kontrolę uzębienia planowałam dopiero w wakacje, przypadek chciał, że wyszło wcześniej. Na wyznaczony termin musiałam czekać tydzień.
Po ponad roku od moich przygód z operacyjnym usuwaniem ósemek, które zresztą trwały rok, odwiedziłam ten sam gabinet stomatologiczny; z ta różnicą, że dentyści się zmienili. Od dłuższego czasu urzędują tam naprzemiennie dwie panie, o czym zdążyła się już przekonać moja mam. Nie miałam się czego obawiać, a w tym przypadku mogłam tylko ludzi. Ze strachu przed dentystą wyrosłam dawno temu, a trzy posiedzenia z otwartymi, krwawiącymi dziąsłami, z których próbowano przez dwie godziny ostrymi narzędziami wyciągnąć głęboko ukryte zęby, uodporniło mnie na wszystko. Na ból przede wszystkim.
Mój ubytek okazał się równie trudny do naprawienia, bo miejsca, w którym znajduje się siódemka, jest trudno-dostępne, a do tego plomba ukruszyła się od strony policzka. Mój zgryz jest dziwnie ułożony; lewa strona jest bardziej oddalona, jeśli dobrze to określam, ale nie wpływa to na zewnętrzny kształt mojej twarzy. W każdym razie nie obyło się bez bólu szczęki i kilku kropel krwi. Samo leczenie nie bolało. Za to pani dentystka nieźle się przy tym nagimnastykowała. Aż w pewnym momencie poczułam się winna z powodu moich zębów. Na szczęście to był ostatni z tych okropnie umieszczonych, więc „przyszłość zębowa” nie wygląda źle.
Miła kobieta. Ma córkę w moim wieku. Dużo mówi, ale nie bez sensu. Czułam się komfortowo, już nie mówiąc o tym, że zostałam pochwalona za zadbane zęby. Głupie uczucie, nawet gdy miłe słowa dotyczą twoich zębów. Zabawne, że słyszałam to od każdego dentysty, u którego byłam przez całe swoje, dotychczasowe życie i zawsze nie byłam dumna, a zawstydzona, jakby chwalenie mnie było nie na miejscu. W końcu nic wielkiego nie zrobiłam. Zęby same się takie uchowały. Może to zasługa genów? Świętej pamięci dziadek od strony mamy, do końca swojego długiego życia posiadał stałe zęby.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz