Kilka miesięcy wcześniej zapowiedziano dwudniową wycieczkę. Propozycją
był Poznań lub klika miejscowości na wschodniej linii Polski z punktem
docelowym – Białymstokiem. Gdyby zrealizowana została druga opcja, wolny
czas – nie przeszkadzałaby mi nawet nocna pora – wykorzystałabym na dwa
spotkania. Nadzieja była, jak to u głupców takich jak ja, jednak z
drugiej strony realność życia przemawiała do mnie dosyć ostro.
Postanowiłam nie nastawiać się w żaden sposób. Wzmocniłam także swój
pancerzyk ochronny, aby uniknąć bolesnego rozczarowania.
Ostatecznie wygrało życie, opcja numer trzy i obojętność. Objazd naukowy zakończył się wyjazdem do Warszawy, a nastąpiło to wczoraj. Koszt całościowy wyniósł 12 złotych, czyli cenę ulgowego biletu wstępu do wszystkich obiektów w Muzeum Łazienki Królewskie. Przewodnik naszej grupy okazał się zaskakującym starszym panem, który co jakiś czas raczył nas żartami (nawet dwuznacznymi!), co było dodatkową atrakcją zwiedzania. Swoją drogą, bawią mnie ludzie, którzy śmieją się ze swoich własnych żartów, choć rozumiem, że śmieją się nie z siebie, a z przypomnianych sytuacji. Najlepszy był moment, gdy podczas opuszczania ostatniego pokoju, po kilku słowach pana przewodnika zapadła chwila ciszy, a potem pomieszczenie wypełnił jego śmiech. Miałam wrażenie, że nie oprowadza nas pracownik muzeum, a kolega, z tą różnicą, że my nie czuliśmy się jego znajomymi. Prędzej on naszym. Myślę, że nawet w jego wieku nie uda mi się osiągnąć takiego poziomu swobody bytowania wśród ludzi. W każdym razie dziwność przewodnika dodała uroku całości; nie było nudno.
Jeśli chodzi o obiekty, wnętrze Pałacu na Wyspie przypomniało mi o pomieszczeniach Hamamu, które widziałam w filmie o tym samym tytule, choć na pewno nie mają z nimi wiele wspólnego. Jednak nadal nie uzyskałam informacji, w czym właściwie myli się w warszawskich pokojach kąpielowych. Raczej nie polewali się wodą leżąc na posadzce. Za to Ośmiokątny Gabinet w Białym Domku, którego wymalowane wnętrze imituje altanę, zachwyciło mnie wyjątkowo. Żałuję, że kamero-aparat, który miała ze sobą, nie uchwycił nic z tego uroku. Wiadomo, użycie flesza było zabronione, więc zdjęcia wyszły ciemne, co widać wyżej na jednym z nich.
Część obiektów na terenie Łazienek była w remoncie, więc nie zobaczyliśmy wszystkiego. W samej Warszawie odwiedziliśmy jeszcze Pałac w Wilanowie, z zewnątrz. Nie zabawiliśmy tam długo, gdyż przegoniła nas burza.
Potem wędrowaliśmy przez Śródmieście, a dokładnie po kilku wybranych ulicach. Wyszliśmy od miejsca, w którym stoi postmodernistyczna fontanna (wybaczcie, ale nie pamiętam ani projektanta ani ulicy), przez plac marszałka Józefa Piłsudskiego z Grobem Nieznanego Żołnierza, zahaczając o kościół Sióstr Wizytek, by znaleźć się pod kolumną Zygmunta III Wazy. Po trasie oprowadzał nas znany polski reżyser, robiący m.in. filmy historyczne o Warszawie, znajomy naszej profesor, którego imienia i nazwiska nikt nam nie przedstawił, więc nawet nie mogę sobie zajrzeć w google. Trochę dziwnie i głupio. Myślę, że z całej wycieczki nikt nie wie, kim był ten energiczny pan ubrany na biało, z brodą i pokrytymi siwizną włosami, dzierżący w ręku parasolkę z logiem TVP.
Część czasu wolnego przesiedziałam na murku niedaleko kolumny Zygmunta, sama, z własnej woli. Myślę, że Warszawa ma ciekawe miejsca, ale siedząc tam i obserwując ruch wkoło, czułam się źle. Nie potrafiłam określić czemu. Wiedziałam jednak, że nie potrafiłabym żyć w tym mieście. Jest w nim coś nieatrakcyjnego, przytłaczającego i odpychającego. W tamtym momencie chciałam jak najszybciej wrócić do domu. Głupie, chwilowe uczucie, ale tak było.
A droga powrotna okazała się wewnętrzną walką z polskimi, starymi przebojami, które serwował pan kierowca. DJ z niego był marny. Po falach śmiechu i zabawy w zgadywanie, piosenka Przeżyłam z tobą tyle lat oraz Czerwone korale i Makumba po raz dziesiąty nas zniszczyły. Jakby tego było mało, tył autobusu śpiewał refren co drugiej piosenki.
Podsumowując, spałam cztery godziny, po czym osiemnaście spędziłam z otwartymi oczami. Do domu wracałam dodatkowe jeden i pół godziny, bo autobus jak wyjechał z pod uczelni, tak też z powrotem pod nią wrócił. By dostać się do domu, musiałam przebyć dodatkowe czterdzieści kilometrów. Zmarzły mi stopy. Miałam buty z odkrytymi palcami. Czekałam całe dziesięć minut na brata przy Biedronce. Było wtedy w pół do dwudziestej trzeciej. Na koniec dnia miałam jeszcze siłę włączyć komputer. Osoby uzależnione od miejsc tak mają.
Ostatecznie wygrało życie, opcja numer trzy i obojętność. Objazd naukowy zakończył się wyjazdem do Warszawy, a nastąpiło to wczoraj. Koszt całościowy wyniósł 12 złotych, czyli cenę ulgowego biletu wstępu do wszystkich obiektów w Muzeum Łazienki Królewskie. Przewodnik naszej grupy okazał się zaskakującym starszym panem, który co jakiś czas raczył nas żartami (nawet dwuznacznymi!), co było dodatkową atrakcją zwiedzania. Swoją drogą, bawią mnie ludzie, którzy śmieją się ze swoich własnych żartów, choć rozumiem, że śmieją się nie z siebie, a z przypomnianych sytuacji. Najlepszy był moment, gdy podczas opuszczania ostatniego pokoju, po kilku słowach pana przewodnika zapadła chwila ciszy, a potem pomieszczenie wypełnił jego śmiech. Miałam wrażenie, że nie oprowadza nas pracownik muzeum, a kolega, z tą różnicą, że my nie czuliśmy się jego znajomymi. Prędzej on naszym. Myślę, że nawet w jego wieku nie uda mi się osiągnąć takiego poziomu swobody bytowania wśród ludzi. W każdym razie dziwność przewodnika dodała uroku całości; nie było nudno.
Jeśli chodzi o obiekty, wnętrze Pałacu na Wyspie przypomniało mi o pomieszczeniach Hamamu, które widziałam w filmie o tym samym tytule, choć na pewno nie mają z nimi wiele wspólnego. Jednak nadal nie uzyskałam informacji, w czym właściwie myli się w warszawskich pokojach kąpielowych. Raczej nie polewali się wodą leżąc na posadzce. Za to Ośmiokątny Gabinet w Białym Domku, którego wymalowane wnętrze imituje altanę, zachwyciło mnie wyjątkowo. Żałuję, że kamero-aparat, który miała ze sobą, nie uchwycił nic z tego uroku. Wiadomo, użycie flesza było zabronione, więc zdjęcia wyszły ciemne, co widać wyżej na jednym z nich.
Część obiektów na terenie Łazienek była w remoncie, więc nie zobaczyliśmy wszystkiego. W samej Warszawie odwiedziliśmy jeszcze Pałac w Wilanowie, z zewnątrz. Nie zabawiliśmy tam długo, gdyż przegoniła nas burza.
Potem wędrowaliśmy przez Śródmieście, a dokładnie po kilku wybranych ulicach. Wyszliśmy od miejsca, w którym stoi postmodernistyczna fontanna (wybaczcie, ale nie pamiętam ani projektanta ani ulicy), przez plac marszałka Józefa Piłsudskiego z Grobem Nieznanego Żołnierza, zahaczając o kościół Sióstr Wizytek, by znaleźć się pod kolumną Zygmunta III Wazy. Po trasie oprowadzał nas znany polski reżyser, robiący m.in. filmy historyczne o Warszawie, znajomy naszej profesor, którego imienia i nazwiska nikt nam nie przedstawił, więc nawet nie mogę sobie zajrzeć w google. Trochę dziwnie i głupio. Myślę, że z całej wycieczki nikt nie wie, kim był ten energiczny pan ubrany na biało, z brodą i pokrytymi siwizną włosami, dzierżący w ręku parasolkę z logiem TVP.
Część czasu wolnego przesiedziałam na murku niedaleko kolumny Zygmunta, sama, z własnej woli. Myślę, że Warszawa ma ciekawe miejsca, ale siedząc tam i obserwując ruch wkoło, czułam się źle. Nie potrafiłam określić czemu. Wiedziałam jednak, że nie potrafiłabym żyć w tym mieście. Jest w nim coś nieatrakcyjnego, przytłaczającego i odpychającego. W tamtym momencie chciałam jak najszybciej wrócić do domu. Głupie, chwilowe uczucie, ale tak było.
A droga powrotna okazała się wewnętrzną walką z polskimi, starymi przebojami, które serwował pan kierowca. DJ z niego był marny. Po falach śmiechu i zabawy w zgadywanie, piosenka Przeżyłam z tobą tyle lat oraz Czerwone korale i Makumba po raz dziesiąty nas zniszczyły. Jakby tego było mało, tył autobusu śpiewał refren co drugiej piosenki.
Podsumowując, spałam cztery godziny, po czym osiemnaście spędziłam z otwartymi oczami. Do domu wracałam dodatkowe jeden i pół godziny, bo autobus jak wyjechał z pod uczelni, tak też z powrotem pod nią wrócił. By dostać się do domu, musiałam przebyć dodatkowe czterdzieści kilometrów. Zmarzły mi stopy. Miałam buty z odkrytymi palcami. Czekałam całe dziesięć minut na brata przy Biedronce. Było wtedy w pół do dwudziestej trzeciej. Na koniec dnia miałam jeszcze siłę włączyć komputer. Osoby uzależnione od miejsc tak mają.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz