Wspomnienie niedawno zakończonej sesji ciągle kołatało w moich myślach, a
tymczasem pierwszy dzień nowego semestru dobiegł końca. Był już marzec,
a może jeszcze nie, w każdym razie noc nadal wcześnie przychodziła nad
miasto, a śnieg leżał na ulicach. Miałam na sobie ciepłe ubrania i
zimowe, ciężkie buty. Było kilka minut po dziewiętnastej. Cierpliwie
czekałam na ostatni autobus, który miał mnie zawiść bezpośrednio pod
dom. Inni też czekali. Zaskoczona, natknęłam się na koleżankę z
gimnazjum, której nie rozpoznałam dopóki nie zbliżyłyśmy się do drzwi
pojazdu. (Może przez jej puchatą czapkę, będącą prezentem od mamy, która
dominowała na głowie?) Niewiele pamiętam ze szkolnych czasów, ale wiem,
że lubiłyśmy się ze wzajemnością. To wspomnienie pozwoliło mi unieść
ciężar, jaki nosiłam w sobie od dłuższego czasu oraz zmierzyć się z nie
samotną i nie cichą drogą powrotną do domu. Siedziałyśmy obok siebie,
ja przy oknie, rozmawiając o wszystkim i o niczym, zapominając o
otaczających i słuchających nas pasażerach, lecz skłamałbym mówiąc, że
odegnało to moje myśli od wszystkich nagromadzonych przez miesiące
problemów. Cieszyłam się, że nastała ciemność, a bus wypełniało jedynie
słabe, niebieskie światło, choć myślę, że nawet w dzień nic nie
zdradziłoby tego, co kryło się wtedy w moich oczach. (Ostatecznie nikt
nie patrzył w nie dłużej niż powinien.) Czterdzieści kilometrów to dużo
czasu na rozmowę, więc rozmawiałyśmy też o książkach. Pogodna z natury i
sięgająca też do takich historii K., dziwiła się swojej koleżance,
która czytała opowieść z wątkiem gwałtu na nastoletnim chłopcu. Moja
ciekawość i upodobanie do dramatów oraz historii przejmujących, które
uzasadniłam starym, dobrze znanym katharsis, wiedziały, że prędzej czy później wypożyczę Chłopca z latawcem. Tak się też stało, dopiero po trzech miesiącach, gdy w końcu na stronie biblioteki ukazał się napis: egzemplarz dostępny.
Książka, która trafiła do moich rąk jest wyraźnie naznaczona ilością jej przejściowych właścicieli, którzy zmieniali się przez dziesięć lat. Na okładce widnieje chłopiec, lecz jego twarz zasłania niebieski latawiec, którego kolor nie jest bez znaczenia. Dotarłam dopiero do połowy, a już mam ochotę stwierdzić, że to najsmutniejsza (i melancholijna) opowieść, jaką kiedykolwiek czytałam. „Dla ciebie – tysiąc razy!”
Książka, która trafiła do moich rąk jest wyraźnie naznaczona ilością jej przejściowych właścicieli, którzy zmieniali się przez dziesięć lat. Na okładce widnieje chłopiec, lecz jego twarz zasłania niebieski latawiec, którego kolor nie jest bez znaczenia. Dotarłam dopiero do połowy, a już mam ochotę stwierdzić, że to najsmutniejsza (i melancholijna) opowieść, jaką kiedykolwiek czytałam. „Dla ciebie – tysiąc razy!”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz