Komary już dawno zdradzają swoją obecność cichym bzyczeniem i
bezbolesnymi ukłuciami podczas nocnego snu, po których zostaje mnóstwo
śladów. Obecnie jestem dość obficie oznakowana na rękach i nogach. Te
owady zawsze lubiły moją krew. To przypomina mi o nachodzącym lecie i
przywołuje na myśl zeszłoroczne.
Czas zatoczył koło. Powróciłam do tego, czego tak bardzo pragnęłam, początku, choć bagaż doświadczeń nadal jest ze mną. Pamiętam, gdy napięcie rosło, nastał punkt kulminacyjny, a na końcu wszystko zaczęło opadać. Niewiarygodne. Otrzymałam wszystko, czego po cichu chciałam przez lata i to wszystko mnie zgubiło. Byłam kimś, by panicznie znów chcieć stać się nikim; idąc jeszcze dalej – nawet niczym(nieistniejącym). Błądziłam obficie. Teraz jestem przeszłością w oczach innych, bo przypisują mi cechy, które wygasły. Pierwszy raz ze stuprocentową pewnością wiem, że postąpiłam dobrze i ta myśl mnie zawsze pociesza w chwilach rozbijających ustalony porządek. Tak, znów uderzam w poważny ton, ale brak w nim melancholii. To czysta analiza.
Tylko czasem zdarza mi się obejmować wzrokiem twarze, które spoglądają na mnie ze zdjęć i coś ściska mnie w żołądku. Jest mi słabo, gdy pomyślę o naszych spotkaniach za sto lat. Mówiłam wiele; czasem mi wstyd, ale mój emocjonalny stosunek i nielubienie siebie w każdym wspomnieniu tak działa. Jednak odpowiedzialności za słowa się nie wyrzekam.
Mimo to bywa, że już nie chcę nikogo spotykać. Bywa, że z trudnością przywołuję postacie. Czasem mam wrażenie, że nie będę mogła spojrzeć wam w oczy, bo zdarłam zbyt wiele zasłon i ogołociłam myśli. Popełniłam mnóstwo błędów, teraz się na nich uczę. Widzę też wszystkie różnice między nami. Zawsze widziałam. Miejsca mojego bytowania są wypełnione osobami, z którymi nie łączy mnie wiele poza miłymi, radosnymi chwilami. Nie mówię, że to źle, ale to daje nietrwałość, gdy pójdziemy dalej. Nasze światopoglądy się mijają. Wiem, w którym miejscu nastałby nasze sprzeczki. Ja ciągle szukam prawdy, nie osobistych wynurzeń, a wy? Pewnie wszyscy błądzimy.
Mówią: z kim przestajesz, takim się stajesz. Moja dygresja jest teraz daleka. Patrzę na zeszłoroczny maj i moje stwierdzenie, że jesteśmy podobne. Każdy dzień na uczelni mówi mi, że wszystko się zmieniło, bo zmiana zaszła we mnie, bo już nie błądzę i więcej rozumiem. Nie umiem patrzeć jak pogardzacie innymi. Czy głupio pisać, że nie jestem smutna z powodu, że nasze drogi kiedyś się rozejdą? Czy będziecie mieli mi za złe, że mówiłam dużo i byłam miła? Dałam się poznać, a teraz chcę dać się zapomnieć? Tak dziwnie. Pierwszy raz mnie to spotyka. Jeszcze rok.
Ale przed wami, jeszcze nie spotkanymi, nie będę uciekać. Mimo to nie będę też pragnąć i dążyć, bo to nie cel ostateczny moich dni. Jeśli los skrzyżuje nasze drogi, odnajdę odwagę i wyjdę z ukrycia, w które teraz się zatapiam. Puszczam was wolno, nawet ze swoich myśli. Przynajmniej staram się to robić. Idzie mi coraz lepiej. Zabić siebie we własnej głowie i narodzić się ponownie. Chciałabym wygrać.
Tymczasem odczuwam dziwny niepokój. Pięć tygodni nauki, z czego dwa sesji. Przez to mój obraz rzeczywistości znów zaczyna być chwiejny, bo życie zyskuje szybszy rytm, a czas się kurczy. Z niedzieli na poniedziałek cierpię na lekką bezsenność, a pobudka o szóstej nie pociesza. (Tak, już kiedyś o tym wspominałam.) Muszę zrobić niewielkie zakupy na wtorkową wycieczkę, aby z pragnienia i głodu nie umrzeć. A wieczorem pójść na mszę i do spowiedzi, która zawsze była dla mnie czymś trudnym, bo konfesjonał to nie poradnia psychologiczna, a duchowa, więc rozeznać swoje winy w sumieniu zachwianym ciężej.
We wtorek wycieczka, o której już wspomniałam, choć na studiach nazywa się to objazdem naukowym. Niezależnie, jak określimy wyjazd, oznaczać on będzie pobudkę o świecie i dużo chodzenia. Nie mam ochoty. Muszę uczyć się na kolokwium, czytać Myśl nieoswojoną (idzie mi to opornie), a do tego mam umówioną we czwartek wizytę u dentysty. Cieszę się za to na sobotni powrót wokalisty po wypadku samochodowym. Dwa miesiące działalności zespołu bez niego były jakieś nieswoje.
Czas zatoczył koło. Powróciłam do tego, czego tak bardzo pragnęłam, początku, choć bagaż doświadczeń nadal jest ze mną. Pamiętam, gdy napięcie rosło, nastał punkt kulminacyjny, a na końcu wszystko zaczęło opadać. Niewiarygodne. Otrzymałam wszystko, czego po cichu chciałam przez lata i to wszystko mnie zgubiło. Byłam kimś, by panicznie znów chcieć stać się nikim; idąc jeszcze dalej – nawet niczym(nieistniejącym). Błądziłam obficie. Teraz jestem przeszłością w oczach innych, bo przypisują mi cechy, które wygasły. Pierwszy raz ze stuprocentową pewnością wiem, że postąpiłam dobrze i ta myśl mnie zawsze pociesza w chwilach rozbijających ustalony porządek. Tak, znów uderzam w poważny ton, ale brak w nim melancholii. To czysta analiza.
Tylko czasem zdarza mi się obejmować wzrokiem twarze, które spoglądają na mnie ze zdjęć i coś ściska mnie w żołądku. Jest mi słabo, gdy pomyślę o naszych spotkaniach za sto lat. Mówiłam wiele; czasem mi wstyd, ale mój emocjonalny stosunek i nielubienie siebie w każdym wspomnieniu tak działa. Jednak odpowiedzialności za słowa się nie wyrzekam.
Mimo to bywa, że już nie chcę nikogo spotykać. Bywa, że z trudnością przywołuję postacie. Czasem mam wrażenie, że nie będę mogła spojrzeć wam w oczy, bo zdarłam zbyt wiele zasłon i ogołociłam myśli. Popełniłam mnóstwo błędów, teraz się na nich uczę. Widzę też wszystkie różnice między nami. Zawsze widziałam. Miejsca mojego bytowania są wypełnione osobami, z którymi nie łączy mnie wiele poza miłymi, radosnymi chwilami. Nie mówię, że to źle, ale to daje nietrwałość, gdy pójdziemy dalej. Nasze światopoglądy się mijają. Wiem, w którym miejscu nastałby nasze sprzeczki. Ja ciągle szukam prawdy, nie osobistych wynurzeń, a wy? Pewnie wszyscy błądzimy.
Mówią: z kim przestajesz, takim się stajesz. Moja dygresja jest teraz daleka. Patrzę na zeszłoroczny maj i moje stwierdzenie, że jesteśmy podobne. Każdy dzień na uczelni mówi mi, że wszystko się zmieniło, bo zmiana zaszła we mnie, bo już nie błądzę i więcej rozumiem. Nie umiem patrzeć jak pogardzacie innymi. Czy głupio pisać, że nie jestem smutna z powodu, że nasze drogi kiedyś się rozejdą? Czy będziecie mieli mi za złe, że mówiłam dużo i byłam miła? Dałam się poznać, a teraz chcę dać się zapomnieć? Tak dziwnie. Pierwszy raz mnie to spotyka. Jeszcze rok.
Ale przed wami, jeszcze nie spotkanymi, nie będę uciekać. Mimo to nie będę też pragnąć i dążyć, bo to nie cel ostateczny moich dni. Jeśli los skrzyżuje nasze drogi, odnajdę odwagę i wyjdę z ukrycia, w które teraz się zatapiam. Puszczam was wolno, nawet ze swoich myśli. Przynajmniej staram się to robić. Idzie mi coraz lepiej. Zabić siebie we własnej głowie i narodzić się ponownie. Chciałabym wygrać.
Tymczasem odczuwam dziwny niepokój. Pięć tygodni nauki, z czego dwa sesji. Przez to mój obraz rzeczywistości znów zaczyna być chwiejny, bo życie zyskuje szybszy rytm, a czas się kurczy. Z niedzieli na poniedziałek cierpię na lekką bezsenność, a pobudka o szóstej nie pociesza. (Tak, już kiedyś o tym wspominałam.) Muszę zrobić niewielkie zakupy na wtorkową wycieczkę, aby z pragnienia i głodu nie umrzeć. A wieczorem pójść na mszę i do spowiedzi, która zawsze była dla mnie czymś trudnym, bo konfesjonał to nie poradnia psychologiczna, a duchowa, więc rozeznać swoje winy w sumieniu zachwianym ciężej.
We wtorek wycieczka, o której już wspomniałam, choć na studiach nazywa się to objazdem naukowym. Niezależnie, jak określimy wyjazd, oznaczać on będzie pobudkę o świecie i dużo chodzenia. Nie mam ochoty. Muszę uczyć się na kolokwium, czytać Myśl nieoswojoną (idzie mi to opornie), a do tego mam umówioną we czwartek wizytę u dentysty. Cieszę się za to na sobotni powrót wokalisty po wypadku samochodowym. Dwa miesiące działalności zespołu bez niego były jakieś nieswoje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz