Poniedziałek był długi. Obudziłam się zmęczona. Miałam trzy pobudki w
środku nocy na dwie przespane godziny. Później czekałam trzy godziny na
badanie, trzy na powrót do domu. Mój brat chciał odwiedzić kolegę
przebywającego w szpitalu, a że nie udało mu się przed południem, musiał
zrobić drugie podejście. Wejść z nim nie mogłam, więc zostałam sama w
samochodzie, mając przed sobą jedynie widok na chodnik, po którym co
jakiś czas powolnym krokiem sunęli ludzi. Nie wiedziałam ile przyjdzie
mi czekać, ale miałam nudzić się i marznąć. Uratowałby mnie telefon z
dostępem do internetu, ale takiego nie posiadam więc otulona kurtką, z
kapturem na głowie siedziałam wbita w fotel i wpatrywałam się przed
siebie. Marzyłam o ciepłym prysznic i śnie. Nie wiem ile czasu minęło,
gdy zobaczyłam sylwetkę mojego ojca. Pomyślałam, że pomógł mojemu bratu
wejść na właściwy oddział i udał się w drogę powrotną z pracy do domu, a
że obecnie mieszka w przyszpitalnym hostelu ma blisko, i nie, nie jest
lekarzem, jest byłym pacjentem. Nalegał, aby pójść do przy hostelowej
kawiarni i się ograć, bo przecież zamarznę czekając, a ja pomyślałam, że
bez problemu mogłabym siedzieć, czekać i zamarzać i mieć święty spokój.
Nie miałam wyboru. Co mogłam zrobić? Zatrzasnąć drzwi i zamknąć
samochód od środka? Poszliśmy. Nie mogłam, a może nie chciałam pić nic
ciepłego, w ogóle nie chciałam pić, z prawie pustym żołądkiem, bo wtedy
wszystko przepływa przeze mnie jak wodospad, a toaleta nie zawsze jest w
pobliżu, a ku nieszczęściu nie urodziłam chłopcem i mam trudniej, ale
znowu nie miałam wyjścia, więc wypiłam zimny sok i zrobiło mi się
jeszcze zimniej. Kawiarnia, właściwie kawiarenka, okazała się miejscem,
które zatrzymało się w czasie. Z zewnątrz zwykły szary prostokątny
budynek, w środku zlepek stylów kompletnie do siebie niepasujących, a
mimo to sprawiających, że wnętrze prezentowało się wyjątkowo przytulnie.
Na podłodze turkusowa popękana wykładzina, na ścianach wzorzyste
tapety, na suficie sztukateria. Kilka stolików, chyba trzy, na nich
sztuczne kwiaty wetknięte w wysokie szklanki wysypane czerwonymi
kamyczkami, drewniane stoły, za niskie krzesła na to aby na ich oparciu
powiesić długą kurtkę czy wygodnie usiąść drewniany barek. Okna i barek
obwieszono świątecznymi różnokolorowymi lampkami. Była nawet sala dla
VIP-ów, do której wejście zagrodzono grubym kolorowym sznurkiem. W
środku stoliki z fotelami, na jednej ze ścian ogromna fototapeta z
zachodem słońca, a nad przejściem w kształcie łuku widniał wypukły napis
w drewnie “Nadzieja”. Ten cały kicz pasował do sytuacji. Hotelowi
mieszkańcy, alkoholicy (w trakcie lub po terapii) przychodzili
porozmawiać z panią obsługującą przybytek, kupić coś albo rozmienić
pieniądze. Wszyscy zwracali się do mojego ojca po imieniu, wszyscy
koledzy, sąsiedzi z jednego korytarza. Było przytulnie, jednak nie
poczułam się jak u siebie w domu. Wszyscy znali się nawzajem i znali
mojego ojca, w przeciwieństwie do mnie, nie wspominając o całej obcej mi
reszcie przebywającej w pomieszczeniu. Ciekawe ilu osób domyśliło się,
że jestem jego córką, a nie panią do towarzystwa zaczepioną na ulicy i
zaproszoną na kawę. Czy kogoś w ogóle obchodziło że tam jestem? Ach tak,
podszedł do nas ten starszy pan poczęstował mnie landrynkami. Nie
miałam na nie ochoty, ale wzięłam, doceniając miły gest. Nie byłam
głodna. Po dobie bez jedzenia łaknienie ustaje. W takim miejscu można
kupić przekąskami typu paluszki i batoniki, albo coś gorącego na szybko,
czyli dania z mikrofali zakupione w pobliskim markecie, przykładowo
frytki. Można też wziąć coś całkiem na zimno. W środku stały aż dwie
lodówki wypełnione lodami. Było wszystko, aby zajść na chwilę i ugasić
pragnienie lub zaspokoić głód. Było wszystko oprócz alkoholu. Za ścianą
mieszkają alkoholicy, więc przypadkowi goście, np. odwiedzających
pacjentów w pobliskim szpitalu, muszą być zdziwieni, gdy chcą zlać złą
wiadomość o wynikach badań alkoholem, a mogą dostać tylko herbatę.
Rozglądałam się po pomieszczeniu, patrzyłam na przypadkowo porozwieszane
obrazki przedstawiające kwiaty i byłam zaskoczona, że tak bardzo
spodobało mi się w środku. Pomyślałam, że nic nie mogłoby krępować mnie w
tak prostym i zwykłym-niezwykłym miejscu. W swojej wyobraźni od razu
zaczęłam zapraszać kilku znajomych na szklankę soku. Już siedzieli
przede mną i już zaczęłam tęsknić za ich obecnością i żałować, że nie ma
ich ze mną zamiast mojego ojca i znowu próbowałam zrozumieć jak to się
stało, że mam coś czego nie chcę, a nie mam tego czego pragnę. I tak
przez prawie 3 godziny siedziałam i rozmawiałam z ojcem. To była
najdłuższa rozmowa jaką przeprowadziłam z nim w całym dotychczasowym
życiu. Nigdy nie spędziliśmy razem tak dużo czasu. Przeszkadzało mi, że
nie mogłam zerknąć na widok za oknem, bo zaraz sugerował, że pewnie
wróciłabym już do domu. A mi było obojętne, czy siedzę tu czy nie, po
prostu lubię obserwować ruch za oknem i ludzi, nic więcej, ale nie
chciałam słuchać komentarzy, więc przestałam patrzeć. Mój ojciec jak
zwykle snuł opowieści nieprawdziwe, znowu chciał widzieć rzeczywistość
inną niż jest i wyjść na lepszego niż był. W sumie wszyscy chcemy być
lepsi niż jesteśmy, choć czasem robimy na odwrót, czasem mieszamy siebie
z błotem bez powodu. Zastanawiam się po kim to mam, tę fantazję, i
chyba już wiem. Czasem mam wrażenie, że wszystko co widzę to tylko
wymysł mojej wyobraźni, nic więcej. Jeszcze niedawno wydawało mi się,
że moglibyśmy, i że to prawda, a dzisiaj chce mi się tylko spać i nic
poza tym.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz