13.12.2016

914.

Nie wiem od czego zacząć ten wpis, aby nie zabrzmiał równie żałośnie jak wszystkie wpisy związane z moim chorowaniem, które ciągną się od końcówki 2015 roku. W tym miesiącu wydam pół swojej wypłaty na leki (lepiej żeby podziałały, i nawet jak będę czuła się po nich jak kupa, to i tak wezmę wszystkie 120 tabletki, na zdrowie), drugie pół przeznaczę na oddanie długów i mogę wejść w nowy rok z potokiem łez na policzkach, tak jak robiłam to we wszystkie ubiegłe lata. Niesamowite, że od kilku lat spędzam Sylwestra płacząc, bo mam dość, bo nic się nie zmienia, bo “pieniądze są początkiem i końcem wszystkiego.” Nie mam pieniędzy, nie mam nic poza pieniędzmi, jestem ubogim człowiek, i materialnie i duchowo. Wszystkich, których miałam nadzieję zobaczyć w tym roku, nie zobaczę pewnie i w następnym. Jestem zła, chyba mam prawo, mam prawo raz na rok być zawiedziona swoim życiem i samą sobą. Wszystko co robię to widocznie za mało, aby uwolnić się od przeklętego koła karmy, w którą nie wierzę, a jednak coś sprawia, że kolejny raz przerabiam ten sam scenariusz. Ile razy można śnić ten sam rok? Nawet, gdy jestem pozytywnie nastawiona, to i tak wszystko kończy się źle, więc czemu nie mogę być tą zepsutą dziewczyną, którą w rzeczywistości jestem, czemu nie mogę mówić tych wszystkich okropnych słów, których inni już nie mogę słuchać. Ach, i tak was tu nie ma, więc co za różnica. Czasem chciałabym, żeby okazało się, że jestem kimś innym, ale to ciągle ta sama ja. Nie wiem, może utrata słuchu to zbyt mało, abym zrozumiała, o co w tym wszystkim chodzi. Może będę już zawsze zasypiać z piskiem w uszach i niespokojnymi myślami, bo nie wiem, co naprawdę myślą inni i czemu mówią tyle pięknych słów nie mających odzwierciedlenia w rzeczywistości. Wylewa się ze mnie cały żal, ale nie, “nic mi nie jest, życie mi jest”, jakby to trafnie ujęła Agnieszka Chylińska. Znowu zacznę brać leki czując się tak jakbym brała truciznę. Tyle skutków ubocznych, każdy kolejny na liście gorszy. Nie mogę się doczekać.

Nagle przypomniało mi się, że dnia drugiego stycznia bieżącego roku P. napisała do mnie smsa:
„Ja miałabym nie żyć? Oczywiście, że żyje. Widzisz, obie wytrwałyśmy! Właśnie stoję w centrum handlowym w pracy i nawet otaczające mnie kwiaty nie poprawiają tej sytuacji, która mi się nie podoba. Nie lubię ludzi. Mam nadzieję, że masz się już lepiej, Twoja wiadomość na tumblrze trzymała mnie w strachu i niepewności przez cały czas czytania jej, przykro mi, że akurat Tobie przytrafiło się takie bagno, tak jakbyś nie miała wystarczająco problemów, także tych zdrowotnych. I bądźmy pozytywni, że przeżyjesz, w sensie że nie tylko przetrwasz, ale prze-żyjesz rok 2016 lepiej niż te ostanie miesiące.”

Wracam do niego co jakiś czas i nie mogę uwierzyć, że wszystko potoczyło się w ten sposób, poza moją kontrolą. Mam wrażenie, że ciągnę ten wózek na siłę i nie dla siebie, ale tak, zdecydowanie prze-żywam ten rok za bardzo, a tu jeszcze ponad dwa tygodnie i jeszcze tyle złego może się zdarzyć, bo czuję to w kościach. Jak zwykle błędem było to, że wyszłam wtedy z domu, i wtedy też i wtedy, i że zamiast „nie” mówiłam „tak”. Zawsze podejmuję złe decyzje, nawet wybór zwykłej herbaty w sklepie to zawsze wybór na śmierć i życie. Nie mam do siebie siły.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz