16.06.2018

981.

Zmizerniałaś. To jest komplement, na który zasługuję. W przekonaniu osób starszych wyraz zmizernieć ma wydźwięk negatywny, a mnie tak okropnie cieszy, choć osobiście nie widzę tej zmiany. Może czasem zauważam w lustrze, że moja talia stała się węższa, albo kiedy nakładam spodnie, w które nie mieściłam trzy miesiące temu. Wraz ze zbliżającym się latem gubię kilogramy, jeden, dwa, tego nie można zauważyć. Staje się bardziej aktywna, jeżdżę rowerem i wlewam w siebie więcej płynów zamiast jedzenia. Przez ostatnie trzy lata nie byłam na diecie, przez ostatnie trzy lata trochę chorowałam i trochę było mi smutno. Mimo to ciągle uczę się radości pomimo trudności, tak bardzo, że aż zrymował mi się ten zwrot i nie mam siły inaczej sformułować zdania. Moim osobistym sukcesem jest to, że utrzymałam stabilną wagę przez tak długi okres czasu. Mimo to ciągle mi mało, bo przecież są ludzie szczupli, zdrowi i wyglądają pięknie i naturalnie w rozmiarze 36/34. Ciągle kieruję się zdrowym rozsądkiem, bo przecież obiecałam sobie, że nigdy więcej. W sumie to mam wrażenie, że nie pozostało mi nic innego jak mój zdrowy rozsądek. Mój rozum kontra wszystkie emocje świata, a jednak nikt nie nazwie mnie zimną suką, choć czasem zachowuję się tak, jakbym nie miała w sobie żadnych uczuć, jakbym była uśpiona. Myślę, że każda osoba, która zna mnie tylko z realnego świata, po odkryciu tego miejsca byłaby zdziwiona, że mogę tak dużo “mówić”. Zmizerniałam, może tak, może nie, może to już staropanieństwo maluje się na mojej twarzy. Poza zmizernieniem słyszę o tym, że mnie wciągnęło, ale to niemożliwe, nie urosłam ani trochę poza moje 165 centymetrów. Wiecie, ale taki mam już typ urody, że budzę się z cieniami pod oczami, a latem moja twarz o poranku jest opuchnięta. Może to dlatego, że kiedyś miałam usuwane operacyjnie trzy ósemki i nawet jeśli było to dawno, ciało ciągle pamięta. Kiedyś opaliłam na czerwono kolana, to było nawet ponad dziesięć lat temu, a mimo to ciągle odczuwam ciepło w tym miejscu, gdy noszę spodnie, jakby temperatura mojego ciała nigdy nie była równomiernie rozłożona. Wiecie, zrezygnowałam z używania podkładu na rzecz minerałów i moja skóra trochę odżyła, ale za to przybyło mi więcej piegów, pewnie też od jeżdżenia do pracy rowerem w słoneczne dni. Powinnam używać kremu z ochroną, ale boję się codziennie nakładać na twarz ten z SPF 50+, aby nie popsuć cery. Czasem smaruję czubek nosa, a  całą twarz tylko wtedy gdy wracam po pracy prosto do domu i wiem, że za 40 minut zmyję go z twarzy, dzięki czemu moja skóra znów zacznie oddychać. Czasem żałuję, że moje piegi nie są drobniejsze i zlewają się w większe plamy, ale nadal je uwielbiam, bo dodają koloru mojej bladej twarzy. Może to dziwne, ale lubię wyglądać na zmęczoną i może naprawdę wyglądać mizernie. A już wyjątkowo lubię moje sinoniebieskie żyły w wewnętrznych kącikach oczu. Musiałbym nakładać okropnie dużo korektora, aby nie przebijały, ale czy mi się chce, oczywiście, że mi się nie chce. Ostatnie dwa tygodnie fizycznie były ciężkie. Nie powinnam jeździć rowerem codziennie w upały. Moje zatoki znowu zaczynają boleć od czasu do czasu. Dzisiaj dzielę się tutaj wieloma nieistotnymi rzeczami, i co to w ogóle za traktat o mojej urodzie, jakbym chciała coś ukryć i owszem, mam przed sobą do ukrycia bardzo dużo. W międzyczasie zastanawiam się, jak to ze mną jest i czy naprawdę mogę podobać się komuś fizycznie. Czasem przeraża mnie myśl, że tak, choć to wykracza poza moje możliwości pojmowania, ale staram się bardzo, aby zagradzać potencjalnym kandydatom drogę. Weszło mi to w nawyk. Wybijam to każdemu z głowy na dzień dobry. Są dla mnie rzeczy do nie przebrnięcia na tym świecie i jedną z nich jest właśnie związek. Czasem wzdrygam się na myśl o tym, że ktoś mógłby zauroczyć się moim wyglądem, lub ogólnie osobą i już robi mi się przykro, że musiałby tak szybko zapomnieć o mnie, jak mnie poznał. Czasem ogarnia mnie obrzydzenie na myśl o wszystkim, co wiąże się z fizycznością i że to nie ma sensu, że tak to działa i tak wygląda dorosłe życie i może to chodzi o to, że mój ojciec zostawił nas dla czegoś takiego jak seks, a jedyne wyznania miłosne jakie usłyszałam w przeciągu swojego życia to było kłamstwo niedojrzałego chłopca, a innym razem propozycja pójścia łóżka. Czy tak nisko oceniają mnie mężczyźni? Och, i aż chcę powiedzieć “Cha Hakyeon would never”. To wszystko - moje myślenie też - świadczy o tym, że nie jestem dojrzała i jak dobrze, że nie w głowie mi romanse. Zranić kogoś tak, aby zapamiętał do końca życia, złamać komuś serce tak, aby przeklinał nas zawsze w myślach. Nie, takie zabawy nie dla mnie. Przez lata odsunęłam się od rzeczy, którymi na co dzień żyją zwykli ludzie, więc mój umysł dostosował się do takiego stanu i jest odcięty od takich spraw. Nie będę jednak ukrywać, że w gorsze dni dopada mnie ten dziwny stan, którego nazwać nie potrafię, i wtedy z przerażeniem odkrywam, że istnieją osoby, którym chciałabym się podobać, a potem stwierdzam, że nie na tym polega życie. Podobać się komuś tak, aby chciał z nimi stworzyć historię życia, to musi być dopiero szaleństwo i czemu właściwie nie zależy mi na tym, aby podobać się komukolwiek w taki sposób. Nie można jednego dnia chcieć czegoś, a drugiego odpychać to od siebie na zawsze. Może pogodziła się z tym, że nikt nie spojrzy na mnie w taki sposób, w jaki pragnęłoby moje serce, więc uznałam, że nie warto dla dobra wszystkich, a może przestraszyłam się, że ktoś taki był i mi żal, że była, jestem i będę niedojrzała, aby wyciągnąć rękę i powiedzieć “chodź ze mną przez życie ku Wieczności, bo wiem, że ty też tego pragniesz.” Od czego mam jednak wyobraźnię - od tego aby jej używać. Tylko czasem robi mi się szkoda, że jeśli wyobraźnia to przecież wszystko jest jednym wielkim kłamstwem dającym radość na krótko. Wiecie, nie wiecie, ale ze mną to jest tak, że zakochuję się w ludziach często, ale nie romantycznie, mnie urzeka człowiek jako całość; z całym bólem i radością, które w sobie nosi, ze wszystkim, co chce ukryć i ze wszystkim, czym dzieli się światem, z każdą łzą i beztroskim uśmiechem. Może dlatego nie mogę wyrzucić z myśli tych, którzy raz wkradli się do mojego serca. Nieustannie krąży we mnie pragnienie wspólnego siedzenia, nawet w ciszy, tak żebym mogła tylko poczuć obecność żywych. Ludzie są fascynującymi istotami. Oglądam po sto razy te same nagrania, wypowiedzi, wywiady, występy, jakieś urywki momentów, bo przyciąga mnie pulsujące życie, dźwięk głosu, spojrzenie oczu, mowa ciała, nieświadome gesty, tak jakby mi brakowało tego wszystkiego na co dzień i jakbym chciała nasycić się czyjąś obecnością przez ekran. Tak, przeglądam zdjęcia idoli, przeglądam zdjęcia moich znajomych, dla mnie wszyscy są tak samo ważni i tęsknię za czymś, co nigdy nie miało miejsca. Lubię obserwować, analizować i rozmyślać, ale nigdy nie chcę sprawić, aby ktoś czuł się niekomfortowo w moim towarzystwie, dlatego zerkam ukradkiem, nie pytam wprost i zostawiam wiele myśli dla siebie. Nie zniosłabym na sobie natarczywego wzroku, więc nie chcę być taka dla innych. Czy naprawdę istnieją ludzie, którzy uwielbiają patrzeć sobie w oczy? Może tak, bo sama lubię bezwstydnie łapać czyjś wzrok, ale tylko dlatego, aby pokazać tej osobie, że słucham z zaangażowanie. Pewnie dlatego wyczuwam na sobie dłuższe spojrzenia, ale kiedy pytam o co chodzi, nigdy nie dostaję odpowiedzi i zawsze zostaję z tym zawieszonym pytaniem - co sprawiło, że ktoś zatrzymał na mnie swój wzrok, co ujrzał i co chciał ujrzeć. Czasem zżera mnie ciekawość, bo chciałabym wiedzieć, co myślą o mnie ludzie, co myślą naprawdę, jak mnie widzą, kim jestem dla nich i kim jestem w ich myślach, jaką rolę gram w ich życiu, a może nie gram już żadnej. Tak oczywiste rzeczy, jak to, że ktoś uważał mnie za pilną i mądrą uczennicę, podczas gdy ja uczyłam się z niechęci do poprawek i jeśli nie wbiłam czegoś do głowy siłą, nie potrafiłam zabłysnąć inteligencją, się nie liczy. Tu od razu widać rozbieżność i mylenie faktów z cudzą opinią. Mi bardziej chodzi o to, czy ktoś cieszył się szczerze na mój widok, czy lubił ze mną rozmawiać lub czuć, że go wysłuchałam. Wiem, mogę to wywnioskować po reakcjach, po słowach wdzięczności lub prostych gestach, ale czasem mam wrażenie, że nie potrafię wyciągnąć prawdziwych wniosków. Bardzo chcę, aby moje przeczucia były prawdą, ale boję się, że wyobraźnia płata mi figle. Wczoraj przed snem przypomniała mi się pewne sytuacja i tak bardzo chciałabym usłyszeć, że to prawda, aż ze strachu, że może to wielkie kłamstwo, zaczęłam płakać. Nie lubię takich momentów, kiedy wszystko jest w porządku, kładę się spokojna spać z nadzieją na kolejny dobry dzień, a tu nagle przypomina mi się coś jak za podszeptem Złego i mam wrażenie, że coś zapada mi się w głowie, coś ściska mi gardło, i że dłużej tak nie mogę i chcę znać prawdę tu i teraz, bo nie jestem cierpliwa, bo ile lat można czekać, bo nie zasnę i nie wstanę. Jak dobrze, że zasnęłam szybko kołysana szumami usznymi. Z rana przebudziłam się z myślą, że to żenujące i co mnie obchodzi prawda, i że lepiej mieć jedno miłe i możliwe fałszywe wspomnienie niż rozmyślać o sprawie w nieskończoność i męczyć biednych ludzi. O pewnych rzeczach należy milczeć na zawsze, jeśli nie chce się narobić bigosu. Lubię słuchać opowieści innych, więc oglądam vlogi. Od kilku miesięcy nawet jednego księdza. Odbiegając od tego, kim jest ten kapłan i czemu tak, ostatnio wspomniał o tym, że jest introwertykiem i zwyczajnie lubi przesiadywać samemu. Przez to, że w mediach jest bardzo rozgadany, ekspresyjny i energiczny ludzie, którzy wpadają na niego, gdy podróżuje po Polsce i świecie, oczekują, że będzie dokładnie taki, jak w swoich vlogach. Tymczasem ludzie bywają rozczarowani, bo on owszem, ludzi lubi, ale często wolałby posiedzieć w czyimś towarzystwie i wspólnie pogapić się przez okno, niż rozmawiać. Natomiast jego vlogi są formą przełamania introwertyzmu i po vlogach też trzeba odpocząć. Och, jak dobrze go rozumiem. Mi po każdym spotkaniu należy się odpoczynek, bo przecież jeden człowiek potrafi namieszać mi w głowie - uruchomić myśli zakazane, a co dopiero cała zbiorowisko. Tak czy inaczej znowu usłyszałam, że bycie introwertykiem nie jest złe i trzeba ludziom pozwolić na wycofanie, o ile nie jest ono chorobliwe, więc odetchnęłam z ulgą. Chciałabym już nie stresować się tak przy innych - obcych, czy nowo poznanych osobach - gdy zapada cisza. Chciałabym, aby ktoś ze mną czasem pomilczał, albo żeby nie wypominał mi tego milczenia, ale jest jeszcze jedna rzecz, której chcę. Chciałabym zrozumieć, po co właściwie zaczęłam pisać tę notkę i o co do cholery tu chodzić i czemu w ostatnim czasie nie mogę przestać pisać tak dużo, i czemu w ostatnim czasie ktoś powiedział mi że nie jestem sobą (jakby wiedział kiedy jestem sobą) i czemu znowu muszę myśleć o tym, kim jestem, skoro nigdy nie rozwiąże tej zagadki. Męczy mnie to. Pora spać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz