Za dużo przejażdżek rowerem, za dużo słońca, za dużo rodzinnych spotkań w dużym gronie, i pewnie za dużo niezdrowego jedzenia. Kolega w pracy żartuje, że jestem smutasem - tak właśnie się to do mnie zwraca - choć robi to specjalnie, bo wtedy zawsze się uśmiecham i kręcę głową, bo to przecież nieprawda. Brakuje mi tylko trochę energii i nie mogę się porządnie wyspać od miesiąca. Wiecie, za dużo przejażdżek rowerem w upalne dni (jeżdżenie pod rząd do pracy to nie jest dobry pomysł), za dużo spotkań rodzinnych w dużym gronie (trzy imprezy w ciągu ośmiu dni w 30 osobowym gronie to szaleństwo, zwłaszcza, gdy połowa to dzieci), za dużo niezdrowego jedzenia (bo te imprezy), a potem znowu ten rower, po którym powinno się mieć więcej energii, a jednak coś przestało u mnie działać, bo zasiadam w pracy przed komputerem i czuję się śpiąca i tylko liczę na to, że danego dnia będę pakować przesyłki. Nie muszę chyba mówić, że na dworze odczuwalne trzydzieści stopni, a mi w pracy zimno.
Przyjaciółka zapytała, czy coś się u mnie zmieniło, bo wyglądam na radośniejszą, a mi trudno znaleźć przyczynę tego, czemu uśmiecham się na zdjęciach (i nie tylko); może po prostu mnie na to stać. Gdy zostanę bez pracy, a kiedyś, w niedalekiej przyszłości zostanę, pewnie przestanę się uśmiechać, jak każdy bezcelowy byt stąpający po Ziemi. Jakie to proste. W każdej innej kwestii postanowiłam zostać niepoprawną optymistką. Zastanawiam się jednak, kto ma rację: kolega w pracy, czy przyjaciółka, czy jest we mnie więcej smutku czy radości, a może jestem niestabilna emocjonalnie i ot cała tajemnica mojego istnienia?
Jestem spokojną osobą, zbyt spokojną, czasem można pomyśleć, że nie ma we mnie życia, aż do momentu w którym dociera do mnie, że naprawdę jedynym rozwiązaniem na wyrwanie się z domu dla nieporadnej, a może tak pechowej osoby jak ja, jest znalezienie kogoś, kto wywiezie cię z tego domu. Och, i jak okrutny jest ten świat, że w planach wspólnego mieszkania można wziąć się pod uwagę tylko chłopaka/narzeczonego/męża (niepotrzebne skreślić). Zgranie się z którąkolwiek z koleżanek jest trudne, bo przecież koleżanka nie jest związana ze mną żadnym węzłem i śni o własnych odległych krainach. O ile nie denerwują mnie pytania o ślub, czy wybranka serca, o tyle sugestia, że poznam kogoś i wtedy wyprowadzę się, sprawia, że mam ochotę krzyczeć. Czy nie ma dla mnie innego sposobu na zniknięcie z tego miejsca? Czy tylko “opiekun” albo śmierć? Czemu nie potrafię zrobić tego samodzielnie? Czemu wiąże się to z posiadaniem większej ilości pieniędzy? Nikt nie lubi, gdy inni narzucają mu swoją wizję szczęścia, albo rozwiązania, których nie jest w stanie wprowadzić w danej chwili w życie i przyznaję, nie lubię tego i ja. Nic tak nie potrafi popsuć mi życia jak przypomnienie, że od lat nie robię nic, jak umieram w tym pokoju. Próbuję odgadnąć, co sprawia, że ciągle tu jestem, kiedy tak bardzo nie chcę, tak bardzo, że nagle staram się o tym nie pamiętać, bo wpadłabym w ciąg niekończącej się cichej rozpaczy. Jest mi wstyd, że bywam niewdzięczna. Jednego dnia myślę sobie, zobaczycie, zrobię to po swojemu, i jeszcze mi się uda, zobaczycie, a potem nadchodzi dzień inny, coś znowu się we mnie zapada i czuję, że przegrałam już dawno temu.
Jednak najbardziej rozdzierają nachodzące mnie znienacka myśli. Jestem na mszy, podziwiam obcy kościół, malowidła, rzeźby, witraże, skupiam się na modlitwie, a potem moje myśli rozbiegają się we wszystkie strony, by nagle zahaczyć o kogoś z przeszłości i już, już przypomina mi się coś, o czym nie mogę pamiętać dla dobra świata i już zbiera mi się na płacz i myślę sobie, Boże, chcę odpowiedź na wszystkie pytania, prawda że mi ją dasz, nawet jeśli po śmierci, chcę wiedzieć, w którym momencie coś poszło nie tak, w którym momencie to miało wyglądać inaczej, ale podjęłam złą decyzję. Wiem, brzmię nad wyraz dramatycznie, ale może taka jestem. Rozglądam się po ludziach, wszędzie rodziny, wszędzie ktoś z kimś, rodzice, dzieci, dziadkowie, rodzeństwo, niby ja też z rodziną, ale z nikim nie potrafię złapać dobrego kontaktu, bo nie wiem za bardzo o czym rozmawiają ludzie, więc patrzę na nich wszystkich i myślę, że mam fantastyczną rodzinę, bliższą i dalszą, tylko ja tak daleka jestem od fantastyczności; nie potrafię okazać w żaden sposób tego, co czuję i jak lubię słuchać ich rozmów i patrzeć na iskrzące się w nich życie. Wiecie, najbardziej ciągnie mnie do małych dzieci. Lubię przebywać w ich towarzystwie. Powiesz im, że trawa jest zielona, niebo błękitne, a nie uznają tego ani za nudne, ani za głupie. Tylko uśmiechnął się do ciebie, bo ty uśmiechasz się do nich. Czemu więc nie zostanę nigdy matką?
Inna sytuacja, jemy, pijemy, jemy, nie piję alkoholu, za każdym razem, gdy decyduję się na coś procentowego, przypominam sobie dlaczego nie piję - bo wszystko jest ohydne, poza piwem o smaku owoców. Wypijam pół kieliszka wina i już czuję, czemu nie powinnam pić nigdy więcej, bo nagle dopada mnie parszywy nastrój, a potem orientuję się, że na kolejnej imprezie nie piję nic i siadam specjalnie w gronie dzieci, ale to nie poprawia mi nastroju. I pytam siebie głupio, gdzie mój mąż i moje dzieci i czemu nie ma we mnie tego pragnienia, by mieć męża i dzieci, czemu jestem taka wybrakowana. Potem, aby odreagować, oglądam tych wszystkich utalentowanych ludzi (czytaj koreańskich artystów) i ściska mi serce, bo mają pasję, bo żyją, bo nawet jeśli boli ich serce, to żyją z bolącym sercem. Tylko Jonghyun nie żyje. Boże, ciężko mi dzisiaj oddychać.
Wiecie, ale to nie ma znaczenia, czy jestem szczęśliwa, czy nie, ważne, że chce mi się dalej żyć, po tych wszystkich latach czczenia śmierci, nawet jeśli mi nie wychodzi, to życie. Myślę, że o oto chodzi, aby dalej trwać mimo wszystko i jak to napisał pan Musiał, którego już tutaj cytowałam: “Zmusić się do życia, znaczy zmusić się do jedzenia, choć wszystko wymiotuje w tobie, skręca się w potwornym proteście, choć wszystko krzyczy w tobie nie.”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz