29.06.2018

984.

Moja niechęć narasta, choć to prawdopodobnie niewłaściwe słowo, ale obecnie nie znajduję lepszego. Przecież lubię ludzi, nawet jeśli nie potrafię nawiązać z nimi relacji i chowam się przed nimi za każdym rogiem. Ale D., nie wiem, naprawdę nieprzyjemnie mi o tym pisać, ale będzie lepiej, gdy zrobię tutaj. niż gdybym miała, broń Boże, powiedzieć mu w twarz, gdy wszystko zacznie we mnie wzbierać, wszystko, czyli rzeczy nie tylko związane tylko z nim, a jak mi się na coś zbiera to można oszaleć. Nieważne. Obecne nie potrafię zrozumieć ludzi, którzy są negatywnie nastawieni do innych tylko dlatego, że inni mają odmienne podejście do spraw, popełniają błędy, czy jawią się (według prywatnej oceny) jako głupi, żałośni i tragiczni. To nie tak, że mamy kochać wszystkich, tak się nie da, ale czy obmówienie kogoś i wyrzucenie przy tym z siebie niecenzuralnych słów świadczy o nas dobrze. Rozumiem, że ktoś chce podzielić się swoimi negatywnymi uwagami, nie zgodzić się z czymś, lub surowiej ocenić czyjeś postępowanie, a nawet podzielić się tym niezadowoleniem i żalem z drugą osobą, rozumiem, ale czy nie można tego zrobić bez wulgarnych słów i tej dziwnej złość, która opanowuje ciało? Najgorsze jest jednak wyśmiewanie czyjegoś strachu, zahamowań, trudności, albo ocena decyzji bez próby zrozumienia tego, czemu ktoś postąpił tak, a nie inaczej. Wiem, pisząc tę notkę i ja oceniam D., ale próbuję zrozumieć, skąd bierze się u niego takie podejście. I jeszcze ta nerwowość, która wybucha przy jednym niepowodzeniu. Czy to syndrom perfekcjonisty? A może stres związany z obowiązkami i tym, że wszystko jest na jego głowie, choć nie jest tutaj kierownikiem. Moze to typ choleryka i nie sposób z tym dyskutować, a może fakt, że jestem całkowitym przeciwieństwem sprawia, że nie akceptuję takiego zachowania. Wiem, każdy ma gorsze dni i nie zawsze stać nas życzliwość i uśmiech, ale czemu mam obrywać, jeśli nie robię nic złego, czemu moje uszy mają więdnąć, gdy nie chcę słyszeć tych wulgaryzmów, czemu tak to wygląda? Gdy poznaję nowe osoby, zawsze daję im ogromny kredyt zaufania oraz stuprocentowe szanse w byciu dobrym człowiekiem i znajomym. Nigdy nie zakładam niczego z góry, tylko to, że ludzie są różni, ale można polubić każdego. Nie wiem, co denerwuje mnie w D. Może nie potrafię zaakceptować tego, że ciągłe żartowanie w ironiczny sposób jest męczące. Czy ludzie nie mogą być dla siebie trochę milsi? Czy nie lepiej żartować tak, aby wszyscy się śmiali? Czemu każda próba żartu musi być jednocześnie uszczypliwością? To tak bardzo odcina mnie od ludzi. I to nie tak, że ich nie lubię, po prostu nie mam ochoty na ich obecność, a już na pewno nie na rozmowy. Przeszkadza mi, że od miesiąca słyszę tylko, że jestem inna, i że och, nie lubię go (bo raz nie wytrzymałam i powiedziałam, że go nie lubię, ale zobaczcie, jaki pamiętliwy), a przecież to nie chodzi o to, że go nie lubię. Nie lubię jego zachowania, bo to dziecinne, myśleć, że denerwowanie mnie jest zabawne. Nie biorę do siebie tych żartów, mnie to po prostu męczy i przeszkadza w skupieniu się na obowiązkach. Przecież nie przychodzę do pracy w celach towarzyskich, przychodzę, aby wykonać swoje zadania najlepiej jak potrafię. To znaczy do tej pory tak było, bo wygląda na to, że zaraz zacznę przychodzić tam tylko po to, aby przetrwać dzień z D. Jego to bawi, a ja przestałam reagować na dźwięk swojego imienia, chyba, że jest rozpoczęciem prośby związanej z pracą. Jak on może chodzić w tę i z powrotem, wykonując swoje obowiązki i przywoływać moje imię, tak po prostu, jakby chciał sprawdzić moje reakcje. Nigdy w życiu nikt tak często nie wypowiadał mojego imienia w przeciągu ośmiu godzin. Czy to normalne? Usłyszałam po raz kolejny, że pewnie chciałabym, aby nie zwracał na mnie uwagi i zapomniał, że istnieję. Przecież nie powiedziałam tego nigdy, a jednak gdyby dał mi spokój, byłabym zadowolona. Zabawne, jak wiele radości daje mi nieistnienie, a jeszcze zabawniejsze jest to, że chciałabym istnieć w myślach tych osób, w których prawdopodobnie nie istnieję. Może dlatego, gdy widzę listę osób podglądających moje relacje na instagramie, moje serce omal nie skacze z radości, bo znowu wpycham się na siłę do czyichś myśli. Choć i to nieprawda. Zastanawiam się, czy ludzie mają jakieś przemyślenia związane z tym, co tam zamieszczam, a może sennie przewijają relacje od jednego do drugiego konta, nawet nie skupiając się na ekranie telefonu, i to nic nie znaczy. Właściwie takie mam przekonanie, że nikt nie zatrzymuje się dłużej przy konkretnych osobach, bo obserwuje ich zbyt wiele. Nie wiem, czemu wplotłam tutaj wątek instagrama, bo nie o tym chciałam. To miał być wpis tylko o D., który jeśli kiedykolwiek mnie tu znajdzie (a po tym jak już wie, że ma konto na instagramie, twitterze i tumblrze - choć dwóch ostatnich nie zna), prawdopodobnie mnie znienawidzi. Trudno. Nie mogę przejmować się wszystkim. D. mimo wszystko potrafi być sympatyczny i pomocny, a jego żarty nigdy nie wynikają z prawdziwej złośliwości. Więc gdzie leży prawdziwy problem? Otóż w szczegółach. Pracujesz z kimś, dzień jak co dzień, a nagle ta osoba wypowiada słowa, które zapadają w tobie na zawsze i to nie tak, że równie szybko skreślasz tę osobę. Jeśli o mnie chodzi, w takich przypadkach zamykam się przed kimś, bo wiem, że te słowa, choć nie mające nic wspólnego ze mną w danym momencie, mają odniesienie do mojego życia i jeśli ktoś nie akceptuje tego u kogoś, tak samo nie zaakceptowałby mnie, gdyby poznał “sekrety”, które skrywam. Nie mamy obowiązku dzielenia się z innymi wszystkim, nie mamy nawet obowiązku robić tego z najbliższą nam osobą na Ziemi. Każdy z nas jest niezależnym bytem, osobą, która ma prawo do prywatności i przechowywania w sobie rzeczy, z którymi nie chce się z nikim dzielić. Tak oto nieświadomy niczego D. wypowiedział się, na przykład na temat samobójców. Nie pamiętam jakiego słowa dokładnie użył na określenie samobójców, ale ujawniało totalny brak szacunku do zmarłych w ten sposób. Uderzyło mnie to dwa razy bardziej, bo trzy miesiące wcześniej Jonghyun odebrał sobie życie. A przecież i ja nie raz strzelałam do siebie wyimaginowanym pistoletem, uśmiercając dla tego świata, bo nie chciałam tu istnieć. Nie ważne, czemu tak i że wszystko, co wiąże się z myślami samobójczymi ma podłoże w chorobie, mojej nigdy nie zdiagnozowanej i może nawet nie istniejącej, ale czasem nawiedza mnie strach, że bez kontroli i modlitwy posypię się znowu jak domek z kart, nie ważne, bo nie akceptuję takiej pogardy. Brak współczucia i przekonanie, że ktoś wybierający takie rozwiązanie zasługuje na potępienie, sprawiło, że zrobiło mi się przykro. Dla mnie akt samobójczy nigdy nie ma nic wspólnego z racjonalnym myśleniem, więc jak można ocenić taką osobę jako równą nam, nie zauważając tragizmu jej życia. To jeden z powodów dla których nigdy nie zostaniemy znajomymi poza pracą. Nie rozumiem jak ta sama osoba, która mówi, abym się nie smuciła (gdy się nie smucę!) i klepie mnie po głowie jak dziecko (bez mojej zgody!), mogłaby zapłakać nad moim grobem. To głupie, że myślę o tym w ten sposób, bo to już całkiem wyimaginowana sytuacja, ale mógłby z pogardą przyjąć taką posępną wiadomość i powiedzieć, że och, przecież byłam jakaś taka nienormalna. Potem to całe ocenianie innych, bo ktoś nie zrobił tak, jak powinien w danej sytuacji, i że ludzie są tacy i tacy, “debile”, “i niech spierdalają”. Wiecie, to jak w tym programie “Projekt Lady”, gdy dano dziewczynom do przeczytania scenariusze, że niby filmowe, a okazało się, że czytały swoje własne słowa i dopiero potem dotarło do nich, jak nieodpowiednio i wulgarnie się zachowuję. Z perspektywy obserwatora wszystko wygląda inaczej, a co mogę zrobić z tym, że jestem obrzydliwą obserwatorką. Co mogę jeszcze dodać? Rozumiem, że jestem dziwnym i jakże fascynującym okazem człowieka, ale naprawdę mógłby już dać spokój z tym swoim nastawieniem do mojej osoby, z tym uśmiechem, gdy widzi mnie zdenerwowaną (według jego kiepskiej oceny), podczas gdy ja jestem po prostu zmęczona i odlatuję myślami do krainy, gdzie stoi przy mnie ktoś zupełnie inny, ktoś, kto w życiu nie zachowywałby się jak gimnazjalista, który chce zwrócić na siebie uwagę dziewczyny. Mogłabym być jego najlepszą kumpelą, ale nie, to nie wyjdzie, choć doceniam, że stara się być dla mnie miły. Mam cichą nadzieję, że myśli tak samo, a może nawet mnie nie lubi, a nawet jeśli lubi, to wystarczy, że zajrzy tutaj i zobaczy, że za tym całym moim milczeniem kryje się rozpadający świat, wady i marudzenie, może nawet gorsze od jego codziennych marudzeń, i że da sobie spokój ze wszystkim. Poza tym przede mną tylko sobota i urlop, odpocznę od pracy. Mam plan, aby codziennie oddychać świeżym powietrzem, ale gdy przeglądam mapy z prognozą pogody, wydaje mi się, że przesiedzę cały tydzień w domu, jeśli będzie tak chłodno i wietrznie. Wystarczy, że jutro będę musiała pojechać do pracy rowerem przy silnych porywach wiatru i chyba urwie mi głowę. No ale bez głowy nie mogłabym myśleć i wszyscy byliby szczęśliwsi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz